Ekhem. Tak jakoś wyszło...
No trochę mnie tu nie było. Zupełnie nie wiem dlaczego, przecież tyle rzeczy się działo. Może dlatego, że wszelkie dramaty przelewają się same w tekst, a jak jest dobrze, to nie ma się czasu na pisanie. Życie wciąga.
I wciągnęło!
Była wielkanoc. Potem jakiś tam maj, na koniec którego wylądowałyśmy babską ekipą w Dużych Włoskach. Na całe trzy dni. Pomysł na wyjazd wziął się z tego, że Meg przyjeżdżała do mnie na koncert ACDC, i miałyśmy do dyspozycji pełne trzy doby. Piątek. Sobota. Niedziela.
- Nie chcę marnować 2 dni urlopu, aby tylko do Wawy pojechać. Pojedźmy gdzieś dalej.
- Do Krakowa?
- Do Opla?
- A co się będziemy ograniczać, polećmy gdzieś!
I tak znalazłyśmy lot do Bergamo za 160zł w obie strony. Wynajęłyśmy samochód i poleciałyśmy. Był kościół z krokodylem, Włosi, którzy usiłowali nas upić, dużo jazdy BMW, Kościello Grande Katedralle, masa małych, kamiennych miasteczek nad brzegiem jeziora, które wyglądało jak rasowy Fiord i oczywiście jadło nam z ręki, było kino z włoskim dubbingiem, impreza na parkingu przy lotnisku i mój spektakularny wkurw, podczas którego rzuciłam w Meg mapą. Bywa.
Potem był upał. Och, jaki piękny był upał tego roku! Były imprezy, był śmiech, było cudownie.
Była też jesień, która już tradycyjnie, jest u mnie porą pełną uniesień. Tegoroczne uniesienie miało hipnotyzujący mnie tatuaż i umiało zabawić tak, że nie wiedziałam kiedy mijało 6 godzin. Niestety uniesienie okazało się (jak zwykle zresztą...) nie wiedzieć czego chce, nie potrafiło mi tego wprost powiedzieć i zasadniczo to pozostawiło po sobie delikatną woń mydlioka. Do tego dość nieudolnego, co wkurza mnie niepomiernie. (nie to co dobre, rzetelne i dopracowane kłamstwo. Takie, które nigdy nie wypływa. To jest coś. Do tego potrzeba umiejętności. To mogę szanować. Ale szczeniackie niedopowiedzenia, lub tandetne bajeczki wpychane pomiędzy słodkie słówka - do pewnego momentu bawi mnie ta naiwność, później już tylko wkurwia.)
No i był Hong-Kong. Pełne 13 noclegów w najwspanialszym mieście w jakim kiedykolwiek byłam. Tego nie da się opisać. To trzeba zobaczyć. Spróbować. Pomacać. Żyjemy w trzecim świecie, moi drodzy. Cała ta nasza Europa to Trzeci Świat. Jesteśmy bezmyślnym, wulgarnym, brudnym, niekulturalnym i głupim światem. Mogłabym tu dużo pisać o tym wyjeździe. I chyba to zrobię. W kolejnej notce. Może nawet w tym roku?
I wciągnęło!
Była wielkanoc. Potem jakiś tam maj, na koniec którego wylądowałyśmy babską ekipą w Dużych Włoskach. Na całe trzy dni. Pomysł na wyjazd wziął się z tego, że Meg przyjeżdżała do mnie na koncert ACDC, i miałyśmy do dyspozycji pełne trzy doby. Piątek. Sobota. Niedziela.
- Nie chcę marnować 2 dni urlopu, aby tylko do Wawy pojechać. Pojedźmy gdzieś dalej.
- Do Krakowa?
- Do Opla?
- A co się będziemy ograniczać, polećmy gdzieś!
I tak znalazłyśmy lot do Bergamo za 160zł w obie strony. Wynajęłyśmy samochód i poleciałyśmy. Był kościół z krokodylem, Włosi, którzy usiłowali nas upić, dużo jazdy BMW, Kościello Grande Katedralle, masa małych, kamiennych miasteczek nad brzegiem jeziora, które wyglądało jak rasowy Fiord i oczywiście jadło nam z ręki, było kino z włoskim dubbingiem, impreza na parkingu przy lotnisku i mój spektakularny wkurw, podczas którego rzuciłam w Meg mapą. Bywa.
Potem był upał. Och, jaki piękny był upał tego roku! Były imprezy, był śmiech, było cudownie.
Była też jesień, która już tradycyjnie, jest u mnie porą pełną uniesień. Tegoroczne uniesienie miało hipnotyzujący mnie tatuaż i umiało zabawić tak, że nie wiedziałam kiedy mijało 6 godzin. Niestety uniesienie okazało się (jak zwykle zresztą...) nie wiedzieć czego chce, nie potrafiło mi tego wprost powiedzieć i zasadniczo to pozostawiło po sobie delikatną woń mydlioka. Do tego dość nieudolnego, co wkurza mnie niepomiernie. (nie to co dobre, rzetelne i dopracowane kłamstwo. Takie, które nigdy nie wypływa. To jest coś. Do tego potrzeba umiejętności. To mogę szanować. Ale szczeniackie niedopowiedzenia, lub tandetne bajeczki wpychane pomiędzy słodkie słówka - do pewnego momentu bawi mnie ta naiwność, później już tylko wkurwia.)
No i był Hong-Kong. Pełne 13 noclegów w najwspanialszym mieście w jakim kiedykolwiek byłam. Tego nie da się opisać. To trzeba zobaczyć. Spróbować. Pomacać. Żyjemy w trzecim świecie, moi drodzy. Cała ta nasza Europa to Trzeci Świat. Jesteśmy bezmyślnym, wulgarnym, brudnym, niekulturalnym i głupim światem. Mogłabym tu dużo pisać o tym wyjeździe. I chyba to zrobię. W kolejnej notce. Może nawet w tym roku?
7Komentarzy:
fajnie że wróciłaś :-)
pozdrawiam - borsuk
W sumie tez sie cieszę :)
Hej, a Hongkong będzie na fotkach?
borsuk
Oczywiście. Jak tylko je przejrze. :)
No i uciekł Ci tamten rok. Ale za to ten dopiero się zaczął - jakie to daje możliwości!
ej, żyjesz tam?
b.
Żyję. I jest też notka, specjalnie dla Ciebie. :)
Prześlij komentarz
Links to this post:
Utwórz link
Do Nogi!