środa, maj 13, 2009
Dokąd kopytkujesz piękna gazelo?
/notka absolutnie hermetyczna, naklepana tylko po to, bym za 3 lata mogła tu zajrzeć i sobie przypomnieć/
Ostatnie tygodnie były dobre. Nawet bardzo. Wpierw prawie tydzień spędzony razem z Meg nad morzem. Nadgoniłyśmy tygodnie niewidzenia się, udoskonaliłyśmy skilla "znajdowanie miejsc ciepłych, słonecznych i z piwem", oraz połaziłyśmy trochę za zdjęciami. Na koniec zeżarłyśmy trochę surowej ryby i kupiłyśmy Misiowi misia. Miś ocenił, że jesteśmy obłąkane, ale przecież to nic nowego. Gdy już wróciłam do domu musiałam jakimś cudem upchnąć cały tydzień w dwa dni, gdyż w czwartek ponownie wsiadłam w samochód i pojechałam, tym razem w krzaki. Jechaliśmy w piątkę, a ponieważ Rysiek prowadził nie było wyboru - obaliliśmy na tylnym siedzeniu prawie 2 litry whiskey. Pewna jej część wsiąkła mi we włosy, które Krzysiek potem starannie wylizał, trochę wsiąkło mi w bluzę, trochę też w obicie sufitu w samochodzie, ale jak się okazuje nie zostawia plam. A nawet gdyby zostawiała, to po tym jak Rysiu do spółki z Mrokiem wjechali samochodem w małe jeziorko (kałuża, taaa...), otworzyli drzwi i woda wyrówanała poziomy i tak nikogo nie ruszałyby plamki na suficie. Po wyprawie do Zakopca samochód spędził 1,5m-ca w serwisie, teraz tylko kilka dni i skończyło się raptem na zrywaniu wykładziny i suszeniu wszystkiego. Drobiazg.
W samych krzakach było obłędnie. Przyjechaliśmy w czwartek około północy, położyłam się spać ok 4 rano, a część towarzystwa poszła na spacer. Zgubili się w lesie tylko troszkę, wrócili ok 7.00, a że do spokojnych i cichych koteczków zaliczyć ich nie można, obudzili mnie dzikimi rykami przeplatanymi wybuchami śmiechu. Albo to ryki przeplatały wybuchy, nie wiem. O 8.00 gospodyni przyniosła nam śniadanie, o 9.00 otworzyłam pierwsze piwo. Położyłam się na trawce, w słoneczku... Dla takich chwil się żyje. Poranni spacerowicze poszli spać na całe 2h i już w południe padło hasło: WYCIECZKA. Wybrałam frakcję "idziemy do lasu w poszukiwaniu bunkrtów". Bunkrów było mało, komarów było duuuużo (chociaż takie sformułowanie, w kontekście tej latającej chmary krwiopijco) trąci trochę eufemizmem. Krzysiek, którego porzuciliśmy na rozstajach, zgubił się nawet bardziej niż my, ale to tylko dlatego, że poznał po drodze jakiś miejscowych, którzy spoili go bimbrem. Ten jego urok osobisty... Wracał do nas zygzakując pomiędzy polami, dostarczając niemałej rozrywki swoimi telefonami. Wtedy też Piter zapytał go słodkim głosem "Dokąd kopytkujesz piękna gazelo?" czym zabił wszystkich na długie minuty. Krzysiek ma bowiem z gazelą wiele wspólnego, jeśli liczyć włosy na nogach i bródkę... Ponieważ wszyscy byliśmy po 2 do 4 godzin snu pobalowaliśmy do 23 i zaczęliśmy padać. Przecież chcieliśmy się porządnie wyspać, następnego dnia pobudka planowana była na 3.00, wyjazd na 3.15. Obudziłam się o 3.05. Dziwne uczucie. Jeszcze dziwniejsze gdy o 11.00 patrzy się na zegarek, widzi się 11.00, a nie 19, nagle zaczyna się rozumieć, że na nogach jest się od 8 godzin, a to dopiero początek dnia. W południe był obiad, podczas którego Rysiu rozważał z Mrokiem temat wygryzania czekoladowych kulek na osobności. Nie pytajcie... Objazd po krzakach zakończyliśmy ok 18.00. Długi i piękny dzień to był, zaprawdę. Hitem wyprawy był Mroku, który został zaakceptowany przez łosie jako członek ich stada, i mimo jego dzikich ryków, skoków i harcy za nic nie chciały się spłoszyć i efektownie wybiec na bagna prosto pod nasze obiektywy, oraz Rysiu, który utopił się w owym bagnie, więc część wycieczki przejeździł bez spodni, tylko w samych bokserkach i kaloszach. Po powrocie gospodyni uradowała nas kolacją, a Pan Jan polewał Biebrzańską Moc (bimber domowej roboty, 56%) na przemian z nalewkami. Wiśnówka najlepsza. Takiej obsługi jaką zaprezentowali nasi gospodarze nie spotkałam nigdzie. Idealne skrzyżowanie babcinej troskliwości z czymś jeszcze, ale nie wiem czym. Było idealnie w każdym razie.
Ponieważ wstałam o 3.00 i aktywnie spędziłam ponad 15h, o północy wcale spać mi się nie chciało, więc do spółki z Wilkiem przeprowadziliśmy eksperyment na ludziach. A konkretnie na Krzysiu, który bardzo nieładnie odparzył sobie nogę podczas spaceru dzień wcześniej (tego zakrapianego bimbrem). Tchórz nie pozwolił mi rozciąć nabrzmiałego bąbla, więc uznaliśmy, że dobrze będzie jak chociaż odmoczy sobie stopę w słonej, gorącej wodzie. Okazuje się, że od zamoczenia stopy w ciepłej wodzie można dostać mdłości i dreszczy. Pilnowałam go jeszcze chwilę, gdy się okazało, że znowu jest 3 nad ranem i najbardziej hardcorowa część ekipy jedzie znowu na wschód słońca. Pomachaliśmy im na pożegananie, zasnęliśmy w końcu przed 4 rozmawiając o jakiś strasznie ważnych rzeczach, których nie pamiętam, ale wiem, że było Bardzo Poważnie. Tak bardzo poważnie jak tylko być mogą tematy gdy rozmawiają dwie osoby, będące ponad dobę na nogach i będące lekko nietrzeźwe (od jakiś 12h...). Swoją drogą bardzo kocham mój organizm. Po wypiciu piwa, kolejki Biebrzańskiej Mocy, pięciu kolejkach nalewek (bazujących na Mocy), wszystko na przestrzeni jakiś 3 godzin, miałam tylko 0,2 promila. Czyli w teorii mogłabym prowadzić. W życiu bym nie wsiadała wtedy za kółko, mimo iż czułam się całkiem nieźle, ale mimo wszystko. Daleko mi do Krzyśka, który po przespanej nocy (znaczy się po 4 godzinach) i śniadaniu miał 2 promile... Albo może to jemu daleko do mnie?
Ostateniego dnia zwiedzaliśmy przez szybę samochodu, były atrakcje takie jak mizary wyglądające jak chałda ziemi, pamiątkowe głazy narzutowe (pamiątkowe po czym? Po zlodowaceniu? Cały krajobraz mają tam w takim razie bardzo pamiątkowy. Jeziora zwłaszcza.), odcięte od świata wsie, które jednakowoż mają świetne drogi, mosty i wyglądają zupełnie tak jak każda nieodcięta wieś w naszym kraju, i wbrew oczekiwaniom wcale nie było zdeformowanych genetycznie mieszkańców mających rodziców będących rodzeństwem, tak samo jak ich dziadkowie i pradziadkowie. A tak liczyliśmy na wielkiego gajowego z trzema jajami! Że tacy istnieją wiemy, bo część z nas jadła z takiego kotlet.
Z przyjemnością tam wrócę. Zwłaszcza do domku, w którym mieszkaliśmy. Po raz pierwszy byłam na aż takim zadupiu (nawet Serpelice z zeszłego roku były bliżej cywilizacji!), na którym miałam do dyspozycji łazienkę większą niż ta, którą mam w domu, z wielką narożną wanną, pralką, a w kuchni ZMYWARKĄ. Najpiękniejsze jest to, że przy tych wszystkich luksusach w domku nie było telewizora. Czego więcej chcieć? Chociaż z tą ekipą dobrze bym się bawiła jakby nas zamknąć w pustym pokoju na tydzień. Zdecydowanie nie ma czego chcieć więcej.
Ostatnie tygodnie były dobre. Nawet bardzo. Wpierw prawie tydzień spędzony razem z Meg nad morzem. Nadgoniłyśmy tygodnie niewidzenia się, udoskonaliłyśmy skilla "znajdowanie miejsc ciepłych, słonecznych i z piwem", oraz połaziłyśmy trochę za zdjęciami. Na koniec zeżarłyśmy trochę surowej ryby i kupiłyśmy Misiowi misia. Miś ocenił, że jesteśmy obłąkane, ale przecież to nic nowego. Gdy już wróciłam do domu musiałam jakimś cudem upchnąć cały tydzień w dwa dni, gdyż w czwartek ponownie wsiadłam w samochód i pojechałam, tym razem w krzaki. Jechaliśmy w piątkę, a ponieważ Rysiek prowadził nie było wyboru - obaliliśmy na tylnym siedzeniu prawie 2 litry whiskey. Pewna jej część wsiąkła mi we włosy, które Krzysiek potem starannie wylizał, trochę wsiąkło mi w bluzę, trochę też w obicie sufitu w samochodzie, ale jak się okazuje nie zostawia plam. A nawet gdyby zostawiała, to po tym jak Rysiu do spółki z Mrokiem wjechali samochodem w małe jeziorko (kałuża, taaa...), otworzyli drzwi i woda wyrówanała poziomy i tak nikogo nie ruszałyby plamki na suficie. Po wyprawie do Zakopca samochód spędził 1,5m-ca w serwisie, teraz tylko kilka dni i skończyło się raptem na zrywaniu wykładziny i suszeniu wszystkiego. Drobiazg.
W samych krzakach było obłędnie. Przyjechaliśmy w czwartek około północy, położyłam się spać ok 4 rano, a część towarzystwa poszła na spacer. Zgubili się w lesie tylko troszkę, wrócili ok 7.00, a że do spokojnych i cichych koteczków zaliczyć ich nie można, obudzili mnie dzikimi rykami przeplatanymi wybuchami śmiechu. Albo to ryki przeplatały wybuchy, nie wiem. O 8.00 gospodyni przyniosła nam śniadanie, o 9.00 otworzyłam pierwsze piwo. Położyłam się na trawce, w słoneczku... Dla takich chwil się żyje. Poranni spacerowicze poszli spać na całe 2h i już w południe padło hasło: WYCIECZKA. Wybrałam frakcję "idziemy do lasu w poszukiwaniu bunkrtów". Bunkrów było mało, komarów było duuuużo (chociaż takie sformułowanie, w kontekście tej latającej chmary krwiopijco) trąci trochę eufemizmem. Krzysiek, którego porzuciliśmy na rozstajach, zgubił się nawet bardziej niż my, ale to tylko dlatego, że poznał po drodze jakiś miejscowych, którzy spoili go bimbrem. Ten jego urok osobisty... Wracał do nas zygzakując pomiędzy polami, dostarczając niemałej rozrywki swoimi telefonami. Wtedy też Piter zapytał go słodkim głosem "Dokąd kopytkujesz piękna gazelo?" czym zabił wszystkich na długie minuty. Krzysiek ma bowiem z gazelą wiele wspólnego, jeśli liczyć włosy na nogach i bródkę... Ponieważ wszyscy byliśmy po 2 do 4 godzin snu pobalowaliśmy do 23 i zaczęliśmy padać. Przecież chcieliśmy się porządnie wyspać, następnego dnia pobudka planowana była na 3.00, wyjazd na 3.15. Obudziłam się o 3.05. Dziwne uczucie. Jeszcze dziwniejsze gdy o 11.00 patrzy się na zegarek, widzi się 11.00, a nie 19, nagle zaczyna się rozumieć, że na nogach jest się od 8 godzin, a to dopiero początek dnia. W południe był obiad, podczas którego Rysiu rozważał z Mrokiem temat wygryzania czekoladowych kulek na osobności. Nie pytajcie... Objazd po krzakach zakończyliśmy ok 18.00. Długi i piękny dzień to był, zaprawdę. Hitem wyprawy był Mroku, który został zaakceptowany przez łosie jako członek ich stada, i mimo jego dzikich ryków, skoków i harcy za nic nie chciały się spłoszyć i efektownie wybiec na bagna prosto pod nasze obiektywy, oraz Rysiu, który utopił się w owym bagnie, więc część wycieczki przejeździł bez spodni, tylko w samych bokserkach i kaloszach. Po powrocie gospodyni uradowała nas kolacją, a Pan Jan polewał Biebrzańską Moc (bimber domowej roboty, 56%) na przemian z nalewkami. Wiśnówka najlepsza. Takiej obsługi jaką zaprezentowali nasi gospodarze nie spotkałam nigdzie. Idealne skrzyżowanie babcinej troskliwości z czymś jeszcze, ale nie wiem czym. Było idealnie w każdym razie.
Ponieważ wstałam o 3.00 i aktywnie spędziłam ponad 15h, o północy wcale spać mi się nie chciało, więc do spółki z Wilkiem przeprowadziliśmy eksperyment na ludziach. A konkretnie na Krzysiu, który bardzo nieładnie odparzył sobie nogę podczas spaceru dzień wcześniej (tego zakrapianego bimbrem). Tchórz nie pozwolił mi rozciąć nabrzmiałego bąbla, więc uznaliśmy, że dobrze będzie jak chociaż odmoczy sobie stopę w słonej, gorącej wodzie. Okazuje się, że od zamoczenia stopy w ciepłej wodzie można dostać mdłości i dreszczy. Pilnowałam go jeszcze chwilę, gdy się okazało, że znowu jest 3 nad ranem i najbardziej hardcorowa część ekipy jedzie znowu na wschód słońca. Pomachaliśmy im na pożegananie, zasnęliśmy w końcu przed 4 rozmawiając o jakiś strasznie ważnych rzeczach, których nie pamiętam, ale wiem, że było Bardzo Poważnie. Tak bardzo poważnie jak tylko być mogą tematy gdy rozmawiają dwie osoby, będące ponad dobę na nogach i będące lekko nietrzeźwe (od jakiś 12h...). Swoją drogą bardzo kocham mój organizm. Po wypiciu piwa, kolejki Biebrzańskiej Mocy, pięciu kolejkach nalewek (bazujących na Mocy), wszystko na przestrzeni jakiś 3 godzin, miałam tylko 0,2 promila. Czyli w teorii mogłabym prowadzić. W życiu bym nie wsiadała wtedy za kółko, mimo iż czułam się całkiem nieźle, ale mimo wszystko. Daleko mi do Krzyśka, który po przespanej nocy (znaczy się po 4 godzinach) i śniadaniu miał 2 promile... Albo może to jemu daleko do mnie?
Ostateniego dnia zwiedzaliśmy przez szybę samochodu, były atrakcje takie jak mizary wyglądające jak chałda ziemi, pamiątkowe głazy narzutowe (pamiątkowe po czym? Po zlodowaceniu? Cały krajobraz mają tam w takim razie bardzo pamiątkowy. Jeziora zwłaszcza.), odcięte od świata wsie, które jednakowoż mają świetne drogi, mosty i wyglądają zupełnie tak jak każda nieodcięta wieś w naszym kraju, i wbrew oczekiwaniom wcale nie było zdeformowanych genetycznie mieszkańców mających rodziców będących rodzeństwem, tak samo jak ich dziadkowie i pradziadkowie. A tak liczyliśmy na wielkiego gajowego z trzema jajami! Że tacy istnieją wiemy, bo część z nas jadła z takiego kotlet.
Z przyjemnością tam wrócę. Zwłaszcza do domku, w którym mieszkaliśmy. Po raz pierwszy byłam na aż takim zadupiu (nawet Serpelice z zeszłego roku były bliżej cywilizacji!), na którym miałam do dyspozycji łazienkę większą niż ta, którą mam w domu, z wielką narożną wanną, pralką, a w kuchni ZMYWARKĄ. Najpiękniejsze jest to, że przy tych wszystkich luksusach w domku nie było telewizora. Czego więcej chcieć? Chociaż z tą ekipą dobrze bym się bawiła jakby nas zamknąć w pustym pokoju na tydzień. Zdecydowanie nie ma czego chcieć więcej.