niedziela, wrzesień 27, 2009

American dream, czyli kolejna hermetyczna relacja, którą liczę, że przeczytam za kilka lat i się wzruszę

Nie samymi serialami zza oceanu i książkami z fatalnymi okładkami człowiek żyje. Pojechałam więc z Meg na wystawę. Tak się jakoś złożyło, że wystawa znajduje się w Krakowie, co pociągnęło za sobą pewne konsekwencje, ale o tym może za chwilkę, wpierw wystawa. Ze strony niewiele można się dowiedzieć (cholerni artyści), więc pojechałam na nią niemal w ciemno, prawie nie wiedząc co tam zobaczę. Maszerując na azymut doszłyśmy idealnie pod muzeum w międzyczasie udzielając jakiejś zgubionej duszy pomocy ze znalezieniem drogi, w końcu żadna z nas z Krakowa nie jest, ale co tam. Wiedziałyśmy. A przynajmniej Meg wiedziała. Jak zwykle.. A wystawa? Zawiodłam się trochę. Fakt, spodziewałam się czegoś innego, no i byłam tylko na jednej z części całej wystawy, ale jednak. Dwie rzeczy przykuły moją uwagę. Niesamowite obrazy realistyczne (zastanawiam się tylko po co malować coś takiego, ale co tam. Przynajmniej widać warsztat niesamowity.) oraz bar, w którym rozsiadłam się z Meg na wysokich stołkach i przez pleksi oglądałyśmy zdjęcia wyświetlane na ścianie. Taki bar mogłabym prowadzić. Pierwszym (ostatnim i najlepszym) skojarzeniem jakie z nim miałam były te zdjęcia:
Fotografie pochodzą z mojego ukochanego kalendarza Lavazzy. Reszta wystawy jakoś nie utkwiła mi w pamięci...
A teraz te konsekwencje...
W drodze powrotnej z muzeum dostałam gorączki. Zawrotów głowy i takich tam. Nie to, że to muzeum tak na mnie podziałało, chora już do Krakowa przyjechałam i byłam pogodzona z faktem, że czuję się jak szmata i będę się tak czuła jeszcze kilka dni. Łaziłyśmy zatem po sklepach, a ja wybrzydzałam w potencjalnych knajpach gdzie mogłabym w końcu usiąść i popić procha. Kolejnego tego dnia. Tak, to był weekend pod znakiem ćpania, kaszlenia, rzężenia i wydawania różnych ciekawych dźwięków. Gdy zjadłyśmy obrzydliwe sałatki, a ja popiłam leki piwem odbiło mi trochę i zaczęłam domagać się Kefirków. Nie, nie chodzi o produkt spożywczy. To taki kryptonim. Dlaczego całej akcji nadałyśmy kryptonim? Nie wiem. Zapewne dlatego, że mogłyśmy, no i tak niepomiernie nas to bawiło... Po kefirkowej akcji rozpoczęła się impreza na dobre. Było Re, potem koko (pamiętam nazwę tylko dlatego, że ciągle wydaje mi się, że to było go-go, ale wiem, że nie mogło być) i bardzo fajna piwnica. To jednak jest coś cudownego, gdy idzie się do czegoś co jest skrzyżowaniem baru mlecznego z czymś lepszym, kupuje się pieczeń i zupę, a ponieważ nie ma miejsc schodzi się z tym jedzeniem do piwnicy knajpy obok, gdzie w jakiś magiczny sposób na stole pojawiają się wiśniówki. I kolejne. I jeszcze jedne.
Gdy już udało nam się wrócić do domu popłakałam się ze śmiechu czytając opakowanie proszku do prania. "Majonez do koktajli" forever! Śliwowicy nie tknęłam, prawie. Za trzeźwa byłam. Stety.
Sobota była dla mnie ciężka. Moje gardło się lekko rozstroiło, a prochy zaczeły działać na dobre dopiero około 19, kiedy to udało nam się odnaleźć kaena i nie narobić mu jednakowoż obciachu przy znajomych. Byliśmy mili i prawie taktowni. I zapragnęliśmy tatara. "Dzień dobry, nazywam się Izabela i będę dziś państwa obsługiwać" zaparło nam dech w piersiach. Ale warto było. Tatar, będący przystawką, nakarmił nas na całą noc, cytrynówka była dobra i dowiedziałam się jak się zabija sadowników. Po tatarze była wódka za 4zł, kreska z cukru, awanturka (makrela, serek i pomidory) i pogłębiające się uczucie, że jestem tam gdzie być powinnam. A potem był Stary Port z wybuchającym piwem i pieczonym indykiem będącym pęcherzem pławnym. And last, but not least! AWARIA. I jej szóste urodziny. OMG. …enough is never enough… Wymiękłam o 3. Brak telnu w atmoseferze wyjatkowo mi doskwierał, więc porzuciliśmy z kaenem Meg i Joka na pastwę baru i wróciliśmy. Co Meg z Jokerem robili ciężko powiedzieć, nie byli zbyt wylewni rano, gdy już skoro świt o 7 udało im się wrócić. A nie wychodzili ostatni z knajpy... Fakt, że Joker rozerwał w jakiś sposób swój skórzany pasek od spodni jest tylko jedną z ciekawych poszlak, jednych z gatunku tych, które wieszają nieme pytanie w powietrzu i nigdy nie otrzymuje się na nie wyczerpującej odpowiedzi. Liczymy, że on po prostu mocniej odetchnął.
Dziś rano wypiliśmy szampana (nie pytajcie), zrobiliśmy coś strasznego (nie pytajcie) i w bólach wróciliśmy do domu. Bez sensu.
Jak zawsze mam poczucie niedosytu, tęsknię, i wpadam w małą paniczkę - co ja zrobię z kolejnym weekendem? Wychodzi mi, że nigdzie nie jadę?

#stado uzależnia.

0Komentarzy:

Prześlij komentarz

Links to this post:

Utwórz link

Do Nogi!