Zróbmy przygodę! Podpalmy Grunwald!
Albo przejdźmy się na pocztę, jeśli jesteś prawdziwym twardzielem.
No ale Grunwald... Jakoś tak kilka dni temu wsiadłam o 6 rano do samochodu Mx, zgarneliśmy Xlt i M. i pojechlim w szeroki świat. Wyobraźcie sobie, że o 7 rano KFC jest zamknięte! A utrudzeni podróżni nie mogą zjeść kubełka na pożywne śniadanie. Było to pierwsze z dwóch mega rozczarowań wyjazdu. O drugim będzie zapewne później (o ile nie znudzi mi się to klepanie, a weny do tego blogusia to ja ostatnio - hm... - to nie mam). Zjedliśmy zatem hot-dogi na kolejnej stacji i odkryłam drugi plus z bycia na imprezie, na której są sami faceci. Jak wiadomo dzięki Misiowi Pat, pierwszym plusem pójścia na imprezę, na której są sami faceci, jest pójście na imprezę, na której są sami faceci. Drugi plus jest taki, że był to pierwszy mój raz gdy do damskiego kibla na stacji nie było kolejki, a do męskiego a i owszem. Oczywiście panowie nadrobili to w krzakach, ale co tam. Na pola grunwaldzkie dojechaliśmy przed 9, a o 9.30 piłam już pierwsze piwo w samym Grunwaldzie. Bez piwa nie byliśmy w stanie podjąć się rozstawaiania namiotu, a po piwie poszło jakbyśmy to robili co tydzień na integracyjnych wyjazdach firmowych. A potem poszliśmy... Co ja się tu będę rozpisywać... Było za-je-bi-ście. I co z tego, że to nieładnie tak mówić. Jadłam pajdy chleba full wypas, miałam okazję skorzystać z grunwaldzkiego toi-toia, który był niemałym zaskoczeniem. Nie dość, że czysty i pachnący to na dodatek stała w środku puszka piwa i można sobie było dziabnąć łyczka czy dwa dla zabicia czasu...
Bitwa jak to bitwa. Trochę koni, trochę facetów w blachach... Jeśli chodzi o wynik to zaskoczenia nie było, ale za to organizatorzy dość orginalnie podeszli do tematu widoczności. Podpalili bowiem stertę siana, a że wiał wiatr, a sterta była na samym środku... well... kogo mogłoby interesować co się dzieje w okolicach namiotu Jagiełły, nie? Każdy słyszał o mieczach, a jak nie słyszał to byle podręcznik do histroii może mu wyjaśnić te drobiazgi, które siwy dym skutecznie ukrył przed widownią.
Niewątpliwie największą atracją wyjazdu była burza, która zaczęła się niewinnie - ot, gdzieś na horyzoncie coś tam się błyskało. Była 1-sza w nocy, grała fanatstyczna kapela, tłum szalał... Nagle spadła jedna kropelka, potem... potem to się wiadro mi na głowę wylało. W przeciągu tych 3min, które spędziłam w deszczu przemokłam do bielizny. Ale who cares? Było ciepło, radośnie wracaliśmy do namioru rozważając to jak bardzo jesteśmy morki i oślizgli. Następnego dnia było gorzej, mimo iż bardziej sucho. Po tym jak po bitwie wracaliśmy do namiotu i 400m pokonywaliśmy w jakąś godzinę (cała trasa pola-namiot zajmowałam nam ok 30min) padłam z piwem w ręku na trawę i to był błąd. Ponieważ po nim moja silna wola poszła sobie w cholerę i zabrałam się z chłopakami za wódkę. Ciepłą i wygazowaną... Drogie dzieci - nigdy takiej nie pijcie! Zwłaszcza jak nie macie kawałka zapity, która nie jest piwem. Efekty? Mx pomalował sobie włosy kolorowymi lakierami, a ja zostawiłam na noc jeden z obiektywów na masce samochodu. Mówiłam, że tej nocy też padało?
Ostatniego dnia zwiedzaliśmy źródła Łyny. Znaczy krzaki, czy drugie rozczarowanie wycieczki, ponieważ łudząco podobne mam w okolicy, więc dla samych krzaków nie warto jechać tych 200km, ale w sumie to nam to nie przeszkadzało. W dobrym towarzystwie każde krzaki są fajne, no i wygrałam w misie-patysie.
Zaliczyłam trzy doby nieustającej głupawki, pożałowałam, że nie da się wykąpać na zapas, wypoczęłam niesamowicie, mimo iż niewiele spałam, a nałaziłam się za wsze czasy. Dodatkowo dzięki Xlt odświeżyłam znajomość z martensami, co było doskonałym pomysłem w kontekście prania bez wirowania jakie zafundowała nam burza, i cieszę się niezmiernie.
A tak poza tym to się staczam. Ale znowu - who cares anyway?
No ale Grunwald... Jakoś tak kilka dni temu wsiadłam o 6 rano do samochodu Mx, zgarneliśmy Xlt i M. i pojechlim w szeroki świat. Wyobraźcie sobie, że o 7 rano KFC jest zamknięte! A utrudzeni podróżni nie mogą zjeść kubełka na pożywne śniadanie. Było to pierwsze z dwóch mega rozczarowań wyjazdu. O drugim będzie zapewne później (o ile nie znudzi mi się to klepanie, a weny do tego blogusia to ja ostatnio - hm... - to nie mam). Zjedliśmy zatem hot-dogi na kolejnej stacji i odkryłam drugi plus z bycia na imprezie, na której są sami faceci. Jak wiadomo dzięki Misiowi Pat, pierwszym plusem pójścia na imprezę, na której są sami faceci, jest pójście na imprezę, na której są sami faceci. Drugi plus jest taki, że był to pierwszy mój raz gdy do damskiego kibla na stacji nie było kolejki, a do męskiego a i owszem. Oczywiście panowie nadrobili to w krzakach, ale co tam. Na pola grunwaldzkie dojechaliśmy przed 9, a o 9.30 piłam już pierwsze piwo w samym Grunwaldzie. Bez piwa nie byliśmy w stanie podjąć się rozstawaiania namiotu, a po piwie poszło jakbyśmy to robili co tydzień na integracyjnych wyjazdach firmowych. A potem poszliśmy... Co ja się tu będę rozpisywać... Było za-je-bi-ście. I co z tego, że to nieładnie tak mówić. Jadłam pajdy chleba full wypas, miałam okazję skorzystać z grunwaldzkiego toi-toia, który był niemałym zaskoczeniem. Nie dość, że czysty i pachnący to na dodatek stała w środku puszka piwa i można sobie było dziabnąć łyczka czy dwa dla zabicia czasu...
Bitwa jak to bitwa. Trochę koni, trochę facetów w blachach... Jeśli chodzi o wynik to zaskoczenia nie było, ale za to organizatorzy dość orginalnie podeszli do tematu widoczności. Podpalili bowiem stertę siana, a że wiał wiatr, a sterta była na samym środku... well... kogo mogłoby interesować co się dzieje w okolicach namiotu Jagiełły, nie? Każdy słyszał o mieczach, a jak nie słyszał to byle podręcznik do histroii może mu wyjaśnić te drobiazgi, które siwy dym skutecznie ukrył przed widownią.
Niewątpliwie największą atracją wyjazdu była burza, która zaczęła się niewinnie - ot, gdzieś na horyzoncie coś tam się błyskało. Była 1-sza w nocy, grała fanatstyczna kapela, tłum szalał... Nagle spadła jedna kropelka, potem... potem to się wiadro mi na głowę wylało. W przeciągu tych 3min, które spędziłam w deszczu przemokłam do bielizny. Ale who cares? Było ciepło, radośnie wracaliśmy do namioru rozważając to jak bardzo jesteśmy morki i oślizgli. Następnego dnia było gorzej, mimo iż bardziej sucho. Po tym jak po bitwie wracaliśmy do namiotu i 400m pokonywaliśmy w jakąś godzinę (cała trasa pola-namiot zajmowałam nam ok 30min) padłam z piwem w ręku na trawę i to był błąd. Ponieważ po nim moja silna wola poszła sobie w cholerę i zabrałam się z chłopakami za wódkę. Ciepłą i wygazowaną... Drogie dzieci - nigdy takiej nie pijcie! Zwłaszcza jak nie macie kawałka zapity, która nie jest piwem. Efekty? Mx pomalował sobie włosy kolorowymi lakierami, a ja zostawiłam na noc jeden z obiektywów na masce samochodu. Mówiłam, że tej nocy też padało?
Ostatniego dnia zwiedzaliśmy źródła Łyny. Znaczy krzaki, czy drugie rozczarowanie wycieczki, ponieważ łudząco podobne mam w okolicy, więc dla samych krzaków nie warto jechać tych 200km, ale w sumie to nam to nie przeszkadzało. W dobrym towarzystwie każde krzaki są fajne, no i wygrałam w misie-patysie.
Zaliczyłam trzy doby nieustającej głupawki, pożałowałam, że nie da się wykąpać na zapas, wypoczęłam niesamowicie, mimo iż niewiele spałam, a nałaziłam się za wsze czasy. Dodatkowo dzięki Xlt odświeżyłam znajomość z martensami, co było doskonałym pomysłem w kontekście prania bez wirowania jakie zafundowała nam burza, i cieszę się niezmiernie.
A tak poza tym to się staczam. Ale znowu - who cares anyway?