piątek, listopad 30, 2007

nasza klasa

Od kilku dni byłam zasypywana wieściami o naszej klasie. Nawet szefowa się tam właśnie zarejestrowała i molestowała mnie historiami z czasów licealnych lub opowieściami o pokręconych życiorysach różnych jej znajomych. Dzielnie trzymałam się wersji, że ja nie czuje potrzeby tam iść... Ludzi z liceum nie pokochałam za bardzo i z wybraną garstką osób utrzymuję tylko kontakt, dużo bardziej zżyłam się z klasą z podstawówki, z którą kontakt w związku z tym także utrzymuję i z grubsza wiem co u kogo słychać. Poza tym nie jestem aż tak stara by zatracić te wszystkie znajomości. Dobrze gadałam, nie? ;-)
Po jakiejś godzinie od soczystego wyłuszczeniach tych racji szefowej dostałam sms'a od koleżanki z podstawówki, z którą jako z jedyną kontakt się naprawdę urwał, a sms głosił: "Zarejestruj się na nasza-klasa - organizujemy naszą klasę!". Padłam i leżę do tej pory. Tak samo jak serwery naszej-klasy, które mają bardzo ładny layout informujący o umarciu serwisu.

czwartek, listopad 29, 2007

kawałki z gg

- Nie łącz małych różowych z alkoholem, bo skończysz jak Marilyn Monroe.
- Jako megagwiazda i symbol seksu???
- Tempting, huh? Ale chodziło mi o to, że zaśniesz i się nie obudzisz.
- Taa, tempting...

Firanki, kwiatki doniczkowe, pończochy... i kot Schroedingera (z nim to akurat coś jest na rzeczy).

Poszukiwany poszukiwana!

Symbol kobiecości znaczy się. Na jutro muszę jakiś mieć i zabrać go ze sobą na warsztaty z psychologiem (tak, idę po pomoc...). I mam problem, bo nie umiem zdecydować czym jest dla mnie kobiecość. Nigdy nie byłam dobra w takie klocki, w jakieś symbole, uogólnienia, definiowanie... Niektórzy podrzucają mi pomysły w rodzaju szpilek czy podpasek, ale czy to naprawdę jest kobiecość? "Chcesz być piękna - cierp" lub zwykła fizjologia? Jakoś mnie to nie przekonuje... Sama jestem raczej konkretna, umiem logicznie myśleć, swego czasu zrozumiałam na czym polega różnica między różnicą a różniczką i ogólnie to w legendarnym teście z pytaniami o kolor ścian w sypialni wyszło mi, że mam bardziej męski niż kobiecy mózg. I ponieważ mam to wszystko, myślę jak myślę i wyciągam logiczne wnioski, cierpię nieznośnie z powodu mojej emocjonalności, która z racji płci jest nieobliczalna, a na domiar złego ma wysokie uprawnienia w ośrodku decyzyjnym. W codziennym życiu widzę i rozumiem, że jest 1 i 2 i 3 ale robię i czuję mało, dużo, więcej! I tak non stop... Zresztą już nie raz tu pisałam o mojej uwarunkowanej hormonalnie schizofrenii...

To jak? Jakieś pomysły co do symbolu? Bo najwyżej pójdę po najmniejszej linii oporu i wezmę tusz do rzęs...

środa, listopad 28, 2007

Nie wiem co się ze mną dzieje. Jestem tak maksymalnie zestresowana, że już nie wytrzymuję. Brzuch mnie od tego boli, czuję nieustające napięcie, czegoś się boję. Ale czego? Przecież gorzej być nie może. To przez ten stres nie jem, a czuję się coraz gorzej - fizycznie i psychicznie. Wpadam w apatię, przestaje mi na czymkolwiek zależeć, a na sobie najmniej - wkładam byle co, wyglądam koszmarnie, ale mam to gdzieś. Resztkami sił i rozsądku zmuszam się do jakiej takiej koncentracji w pracy, ale i tak zawalam różne rzeczy. I tak cholernie tęsknię. To aż boli.
Spokój. Ja chcę spokoju.

wtorek, listopad 27, 2007

dziewczynka

Nie zdawałam sobie sprawy z tego, że w moim bądź co bądź dziewczyńskim pokoju mam tyle kabli. TEGO JEDYNEGO, którego akurat szukałam oczywiście nie znalazłam, ale ze zdziwieniem stwierdziłam, że w każdej szafce, w każdym pudełku i na każdej półce mam jakiś kabel. Ale skąd??? I po co?!

PS. Zjadłam PÓŁ MISECZKI spaghetti! Ależ jestem z siebie dumna!

poniedziałek, listopad 26, 2007

przysłowia mądrością...

Że "czas leczy rany" to słyszałam już nie raz. Zakładam, że teoria jest słuszna, ale jakoś u mnie nie działa - poprzednim razem zobaczyłam Admina po 10 m-cach od rozstania. 10 m-cy bez kontaktu, raptem dwa spotkania, co najmniej pół roku nie mieliśmy żadnego kontaktu, tyle czasu a starczyło, że zobaczyłam go na 3 minuty i rozwaliło mnie na drobne. Znowu. Zatem nie wierzę.
"Nie ma tego złego..." - że co? Co mnie nie zabije to mnie wzmocni? Już raz mnie wzmocniło, dziękuję postoję.
"Każdy medal..." - no dobra... poproszę mi ją pokazać, bo ostatnio jestem raczej pesymistką.
ALE
"Prawdziwych przyjaciół..." - cholera... ryczałam ze wzruszenia już kilka razy. Nie wiem jak Wam dziękować.

niedziela, listopad 25, 2007

plener

(tak w ramach desperacji i 'co zrobić żeby nie myśleć' opiszę coś pozytywnego)

Mam grupę znajomych, z którymi od niedawna łażę na plenery* po Warszawie, wprawdzie są trochę monotematyczni - jasność, mydło, bokeh... - ale sympatyczni. Jak na razie byłam z nimi na 3 wyjściach: pierwsze było w miarę spokojne, aczkolwiek mocno chaotyczne, drugie to był wypad do muzeum wojska polskiego, gdzie nie chcieli nas wpuścić ze sprzętem, myśmy sprzętu w szatni zostawić nie mieli zamiaru, aż skończyło się na interwencji Pana Dyrektora. Tylko trochę zaskoczona byłam gdy Panem Dyrektorem okazał się być wujek Admina. Weszliśmy w każdym razie. Ostatnie, wczorajsze wyjście też było z przygodami, gdyż postanowiliśmy iść na Cmentarz Żydowski. W sobotę. Fakty skojarzyliśmy dopiero pod zamkniętą bramą... Na szczęście Żydowski leży w Warszawskim zagłębiu cmentarnym i postanowiliśmy iść na cmentarz Ewangelicko - Augsburski, który jest po sąsiedzku. Wprawdzie nikt z nas nie wiedział dokładnie gdzie on jest, ale trochę poszliśmy na azymut, trochę pytaliśmy tubylców, aż w końcu zdecydowaliśmy o powrocie po samochód. Jak już go znaleźliśmy w 5min byliśmy na miejscu. Cmentarz miły, mały, spokojny. Leniwym krokiem spacerowałam z Ł., który podnosił wszystkie przewrócone znicze i kwiaty, zdjęć robił niewiele, ale przynajmniej mówił, mówił i mówił. Doszliśmy na tyły cmentarza, gdzie grobów jeszcze nie ma, leżą ścięte drzewa i jest pusto. Aż do wysokiego muru, który Ł. postanowił obejrzeć z drugiej strony - przechodząc przez drzwi. A za murem? Cmentarz. Na początku sądziłam, że może to jakimś cudem - Powązki, ale nie, znam je przecież i takich alejek nie kojarzę. W końcu zaczepiłam jakąś panią z głupim pytaniem "Przepraszam, na jakim cmentarzu jesteśmy?". I tu niespodzianka, bo okazało się, że to Ewangelicko - Augsburski, z którego sądziliśmy, że właśnie wyszliśmy. Szybki telefon do reszty grupy "Hej, jesteście na złym cmentarzu!" i kolejne 2 godziny łażenia.
Pierwszy cmentarz też był z tych ewangelicki, ale reformowany. ;-) Oba piękne. Może łażenie po nekropoliach to dziwna rozrywka, ale ja uwielbiam. Jest tam tak spokojnie, jakoś tak dostojniej, nikt nie krzyczy, nie biega, zwykle są drzewa, krzaki. Lubię. Szkoda tylko, że powrót po plenerze był i jest nadal traumą, bo tak desperacko chciałam pochwalić się Adminowi zdjęciami, napisać sms'a że już wracam, że fajnie było, poradzić się go co do zdjęć. Nie mamy szans na przyjaźń bez miłości. Niestety.

*fotograficzne of korz. Efekty tych wyjść do obejrzenia na tej nodze.

?

Cholera, nie rozumiem. Siedzę, myślę i nie rozumiem. Co się stało? I kiedy? I jak mogłam ufać, że przecież jesteśmy dla siebie najważniejsi? Dlaczego....?
To już tydzień. Tydzień, w którym powinnam zrobić tyle rzeczy, ale nie mogłam. Razem z najlepszym przyjacielem i ukochanym straciłam całe życie. Muszę znowu się uczyć mieszkać z mamą, a jest cholernie ciężko, muszę uczyć się żyć tutaj, robić to co robiłam, ale bez wsparcia, bez tego czegoś do czego można wracać. Wczoraj zmusiłam się i pojechałam ze znajomymi na cmentarze robić zdjęcia. Było super. Trzy godziny szwędania się pomiędzy grobami jest może dziwną rozrywką, ale lubię. Szkoda, że gdy tylko wsiadłam do tramwaju zabolało mnie wszystko. Przecież powinnam mu wysłać sms'a, że już wracam, to z nim powinnam zaraz po powrocie oglądać zdjęcia. Co to za frajda robić coś miłego ale nie móc się tym z kimś podzielić???
Tyle mi dawał, sam o tym nie wiedząc. Jak można to tak wyrzucić? Z życia, z pamięci... Nie rozumiem. Pewnie byłoby mi łatwiej gdybyśmy się nie znosili, kłócili co chwilę i o wszystko, nie mieli ochoty na siebie patrzeć, a co dopiero razem żyć. Gdybyśmy nie wytrzymywali w jednym mieszkaniu, nie umieli razem spędzać czasu, nie mieli wspólnych planów. Tyle nas łączyło, a nie wiem nawet co podzieliło. To nie fair. Cholernie nie fair.

sobota, listopad 24, 2007

No to jazda z tym koksem!
Zaczęły się sny. Wczoraj zawstydzony przynosił mi obrączki ślubne przepraszając, że nie pomyślał wpierw o pierścionku, dziś byliśmy na Mazurach, na jakimś zadupiu, było cicho, miło i pachniało lasem. Miłe, ciepłe i spokojne sny. I gdyby nie te chwile gdy nagle się wybudzam i dociera do mnie rzeczywistość było by super. Ogólnie byłoby super gdyby nie było jak jest.

piątek, listopad 23, 2007

Tak, ja wiem. To palant. Mnie znowu wypatroszył, a sam sobie gdzieś tam normalnie żyje. Wiem, że powinnam splunąć i wzgardzić. Wiem, że nie ma sensu się zadręczać. Wiem, że to minie. Wiem, że mi potrzeba czasu. Wiem, że jeszcze będę szczęśliwa. Wiem, naprawdę. Niektórych wkurza to, że nie umiem na zawołanie zebrać się w sobie, zapomnieć i optymistycznie patrzeć na świat, za co oczywiście bardzo przepraszam. Ale mam jakiś taki niewielki problem z przekreśleniem swoich uczuć i planów, które narosły w ostatnich latach. Bo mimo iż bym chciała, to nie wiem jak, więc proszę, niech ktoś mi powie, jak przestać kochać i znienawidzić? Jak zapomnieć? Jak nie tęsknić? Proszę, bardzo chętnie się dowiem i zastosuję, mnie też nie bawi to co się ze mną teraz dzieje.

Już raz to przechodziłam i strach przed przyszłością mnie nieco paraliżuje. Wtedy trzymałam się nadziei, że przecież niedługo musi być lepiej. Ale teraz wiem jak wyglądało to 'niedługo'...
Brzuch mnie boli, coraz bardziej. Czuję się jakbym permanentnie czekała na ważny egzamin, od którego wszystko zależy, ale do którego nic nie umiem. Boli. I gdybym mogła sobie powiedzieć, że to jeszcze tylko dzień, dwa, trzy... i potem przestanie, byłoby jakoś łatwiej, miałabym na co czekać. Łzy ciekną sama nie wiem i nie umiem sobie poradzić w tej nerwówce. Brakuje mi wytchnienia, chwil kiedy nic nie będę czuła, kiedy będzie spokój i będę mogła myśleć o niczym. Boli...

czwartek, listopad 22, 2007

pusto, cicho, ciemno

Dzięki małym różowym poznałam jak wygląda emocjonalność mężczyzny - płasko. Czuję się taka przyklepana. Nie mam napadów ryku i histerii, śpię bez problemów, umiem nie płakać w autobusie, ale w środku mnie wszystko boli. To wszystko co mam w klatce piersiowej zwinęło się w ciasny supeł i tak trwa. Czuję mój stres i lęk. Dalej nie jem, ale trudno, jeszcze nie mdleję, a za to pięknie szczupleję... (staram się patrzeć na te rzeczy co to są z drugiej strony medalu... pfrr.).
Słucham ludzi i zaczynam sobie spisywać:
- to nie ja mam problem, to on. To on nie umie z nikim dłużej niż 2 lata wytrwać, jak nie ma do czego się przyczepić uznaje, że miłość to za mało, gdy mamy całą resztą uznaje, że jednak brak miłości... Ze mną też coś jest nie tak, ale idę na warsztaty, może mnie oświecą, może pomogą mi funkcjonować z samą sobą. Boję się jednak strasznie, bo co jeśli cała ta chora sytuacja jest moją winą? Jeśli okaże się, że mogłam popracować nad sobą wcześniej, i teraz byłoby inaczej...? Nie wybaczę sobie...
- czy czułam się bezpiecznie? Nie. Wieki temu, gdy byliśmy po raz pierwszy razem długo myślałam co to za związek. Czy to już TO? Przecież ja taka smarkata... Gdy w końcu przekonałam się, że to TEN i TO usłyszałam, że to koniec. Gdy wrócił po niecałym roku nie udało mi się mu zaufać - ciągle bałam się, że zrobi mi znowu taki numer, znowu bez wyraźnej przyczyny, nagle i bez sensu powie, że ma mnie dość. Lęk tek przekładał się na masę rzeczy, które nie ułatwiały nam życia, a gdy mu o tym mówiłam głaskał i uspokajał, że przecież potrzeba mi czasu. I prawie zdążyłam. Gdy utwierdziłam się w przekonaniu, że mimo iż jest mi źle, że o coś się kłócimy, że sprawił mi przykrość jest jednak jedna rzecz stabilizująca wszystko - kochamy się, i bazując na tym można się kłócić, przecież będzie dobrze, czasem trzeba się o coś ściąć.
- czy wiem czego chcę? Tak. On? Nie sądzę... Gdy znikają motylki i różowe okulary pojawiają się wątpliwości i decyzje. Ale czy sensowne? Czuję się jak mebel, który można sobie przestawiać - więc dlaczego nie słucham rad, dobrych rad, które sugerują, że powinnam założyć szpilki, odwrócić się na pięcie i zapomnieć, bo nie warto nawet pamiętać? Pewnie dlatego, że nie umiem tak skreślać ludzi, a zwłaszcza tego konkretnego człowieka, którego znam pewnie najlepiej ze wszystkich i MIMO WSZYSTKO wiem, że warto spróbować.
I nawet on nie ma racji twierdząc, że nie jest wart mojej miłości i tego jak teraz cierpię. Raz, że nie znoszę gdy mi ktoś wmawia, że wie lepiej co jest dla mnie NAJ, a dwa, że to moja sprawa i moja decyzja kogo i jak kocham.
- czy wierzę ludziom gdy słyszę, że przecież to ja mam 25 lat, nie on, to ja mam czas na życie, to ja mimo wszystko jestem bardziej dojrzała? Tak. ALE. Ale mnie to nie obchodzi, bo przecież to nie ma znaczenia.

wtorek, listopad 20, 2007

Trochę makaronu z jakimś sosem, 3 plasterki sera, 4 plasterki kiełbasy, jabłko, pół sałatki. Do tego dużo herbaty i alkohol.
I czasem nawet czuję głód, ale nie jestem w stanie nic przełknąć, brzuch boli, a ja chudnę. Bo od soboty zjadłam właśnie tyle ile napisałam. I nie mam siły na więcej.
Ja nie chce pamiętać, poznałam ideał, kogoś z kim wierzyłam, że to będzie TO, kogoś kogo podziwiałam i ceniłam. Miał wszystko to co mężczyzna mieć powinien, przynajmniej wg mnie. Staram się pamiętać to co inni o nim mówią: że niestabilny i nieodpowiedzialny emocjonalnie, że w tym wieku powinien być bardziej opanowany, że to taki Piotruś Pan, i nic nie jest moją winą. Ale ja nie wiem... myślę, czy jak bym zrobiła to, a nie zrobiła tamtego, powiedziała i nie powiedziała, to może by mnie nadal kochał? Starałam się, ale nie zauważył? Czy może jednak zbyt słabo się starałam? Boli mnie. Wszystko. Nie warto poznawać ideału - poradzić sobie ze stratą jest zbyt trudno.
A wiem, że najgorsze przede mną. Wiem, że teraz nie do końca do mnie dotarło, że to JUŻ. Już więcej go nie będzie. Już więcej nie przytuli, nie połaskocze, nie powie nic, nie cmoknie w szyję, nie... nic już nie zrobi. Kiedy to 'już' i to 'nie...' do mnie dotrą, to dopiero będzie mi źle. Chociaż chwilowo ciężko mi jest sobie wyobrazić, że może być gorzej. Ale tak też było poprzednim razem, gdy już myślałam, że leżę na dnie i niżej upaść nie mogę, upadałam i to kilka razy. Przeraża mnie to wszystko.
Położyć się i zapomnieć.

poniedziałek, listopad 19, 2007

głupia

Co jest ze mną nie tak? Czemu nie potrafię odwórcić się na pięcie i olać. A przynajmniej ochlapać? Dlaczego boli mnie brzuch na myśl o nim, zamiast rzucić twarde "mam dość facetów"? Czemu ryczę na myśl o smsie, którego mogłabym właśnie wysyłać, a który nie byłby wcale jakiś bogaty w treść, ot dwukropek i gwiazdka, ale tyle znaczy. Też bym takiego dostała. Czemu mnie skręca na myśl, że już się nie dowiem co tam u niego na pracowym froncie, kto co spieprzył i jak poszła lawina dalej. I nie umiem nienawidzić, a powinnam, powinnam być zła, wściekła, powinnam go przeklinać i wyzywać od najgorszych, ale nie. Dzwoni tata i rzuca epitetami, a ja bronię, bo przecież jedyną wadą jakiej naprawdę nie potrafię zaakceptować to zwyczaj rzucania. Że przecież cudowny jest, żeby tak nie mówił. Ja, ja tak robię, pomiędzy spazmami, z trudem łapiąc oddech i nic nie widząc przez opuchnięte powieki. Głupia? Tak...? Ale jak mam nienawidzić? Kocham przecież. Jedną rzecz mam mu za złe - że się poddał, że nie walczył o nas do końca, że mu się znudziło, zanim podjęliśmy jakąkolwiek poważną próbę.

deja vu

Dojechałam do pracy i jakbym obuchem w łeb oberwała. To już nawet nie chodzi o to, że wysiadając z tramwaju widzę jego pracę. Ale moje biuro, to że w piątek wyszłam z niego i wysłałam mu sms'a, że idę do empiku i może chce jakąś książkę? To że praca tutaj była pomocą dla nas obojga, że to jemu mówiłam pierwszemu, że mam ofertę, to jemu pisałam jak jest, to jemu opowiadałam na kanapie co robiłam... Kurwa kurwa kurwa, gdzie jest moje życie?
I to deja vu... RÓWNO 3 lata temu mnie zostawił, wtedy to był 13.11, teraz 17... wtedy pracowałam akurat 2 tyg, teraz też. Wtedy nie podejrzewałam, wtedy nie było to nic przemyślanego, jakiś impuls, teraz też... Jedyna różnica jest taka, że wytrzymał jednak ciut dłużej za drugim podejściem. Czym ja sobie na to zasłużyłam? W sumie nie ważne czym, ważne jak zapomnieć? Jak się odkochać? Jak zapomnieć o tych wszystkich drobiazgach, które tworzą człowieka, a które tak w nim kocham? O tym jak mnie śmieszyło jak kroił chleb, o tym jak pośpiewywał w samochodzie, jak...
/i tu proszę państwa muszę przerwać, bo przestaję panować nad sobą, a głupio tak ryczeć w robocie./
Dostałam małe, różowe tabletki dla wariatów. Receptę przepisała mi weterynarz, a w ulotce napisali, że "działanie leku prawdopodobnie polega na...". Prawdopodobnie?
Ale działają. Czuję się jakby ktoś mnie związał. W środku szaleję, ale nie dostaję takich napadów jak przed małymi różowymi. Przed małymi różowymi kuliłam się na krześle, godzinę rycząc i bujając się jak sierota. Do tego zrobiłam coś, na co nie pozwalałam sobie poprzednim razem - wysłałam mu sms'a. Kurwa, gdzie moja godność?

niedziela, listopad 18, 2007

Noc na kanapie, nie miałam odwagi by iść do łóżka. Ryczę z bezsilności. Wszystko mnie boli. Marzę by jak co rano przytulić się i poczuć na twarzy materiał jego szlafroka. Zapach. Ale nie... Dlaczego mężczyzna, którego kocham, który mimo różnych wad jest dla mnie ideałem, robi mi coś takiego? Nie jestem idealna, na pewno, ale czemu te wszystkie lata nie mają znaczenia? Dlaczego go poznałam i pokochałam? Żałuję, bo co mi to dało? Poza przeświadczeniem, że wiem jak może być idealnie, i świadomością, że już tak nie będzie, dostałam nauczkę, że pełne zaufanie to jednak zbyt wielkie ryzyko.
Bardzo dziękuję. Ja już nie chcę nic czuć.

sobota, listopad 17, 2007

Czy ktoś ma jakiś pomysł jak mam żyć?
Wszystkie moje przyzwyczajenia, małe domowe rytuały, zwyczaje i inne codzienne praktyki zostały tam. Tu czuję się jak w hotelu, nie wiem co zrobić żeby zrobić cokolwiek. Panicznie boję się iść spać. Niby to moje łóżko, sama je sobie kiedyś wybrałam, ale nie spałam w nim od roku, a od ponad dwóch lat nie spałam w nim sama. I oczywiście gdybym jutro miała wrócić do domu (cholera, tyle czasu pracowałam na tym, żeby to tam był dom... i teraz znowu ma mi się plątać?) nie byłoby problemu, albo gdybym mogła się przytulić... przerzucić rękę przez jego bark i wtulić sie w ciepłe plecy...
kurwa kurwa kurwa
Teraz niby mam iść do siebie i rozpakować te stertę rzeczy? Jak?!? Jak mam to niby zrobić? Iść spać? I ryzykować, że znowu będę się budzić ze snów o nim, snów w których wszystko jest ok, i wpadać w panikę, skręcać się z bólu brzucha, gdy dotrze do mnie świadomość, że to był tylko sen? Boję się, wiem co mnie czeka i się boję.

Powtórka z rozrywki

Zgadnijcie co się dziś stało? No? Any pomysły? Żadnych? To Wam powiem... otóż dziś Admin mnie rzucił. Znowu. Tak wiem, byłam głupia, to było do przewidzenia, bla bla bla. Pewnie racja. Ale to i tak nie zmienia faktu, że nie wiem co ze sobą zrobić, bujam się na kanapie, z doświadczenia (o zgrozo) wiem, że aby cokolwiek zjeść muszę skądś wytrzasnąć proszki uspokajające, bo w związku ze zdenerwowaniem mam dietę zapewnioną, łzy wsiąkają mi w kołnierz, brakuje mi tchu i pomysłu na to co zrobić. Jestem w domu, ale nie w domu. Po okrutnej walce o poczucie się u niego w domu jak w domu, nagle muszę znowu walczyć o domowość u mamy. Odpaliłam komputer by móc coś zrobić z rękami. Zadaję sobie odwieczne pytanie dlaczego i zastanawiam się jak mogłam być tak głupia. Tracę możliwość oddechu gdy pomyślę o jutrze, pojutrze...
W dwie godziny spakowałam i wyniosłam OD NIEGO (nie od nas) dwa lata życia. Niewiele tego jednak mam. A teraz nie mam już prawie nic. Znowu łapię się na tym, że przecież gdy jest mi tak paskudnie to on jest tą osobą, do której zwracałam się o pomoc. A teraz znowu nie mogę. Znowu. Znowu muszę jakoś się zahartować, znowu wmawiać sobie, że przecież to nic złego zaufać. Czemu ja go kocham? Ja nie chcę znowu przez to wszystko przechodzić. Nie chcę. Nie mogę. Nie mam siły. Znowu mam ryczeć w autobusach? Upijać się bez sensu? Łazić na randki, tylko na te pierwsze, i ze zgrozą stwierdzać, że to znowu jakiś durny facet, a nie admin? Znowu mam wpadać w szloch na dźwięk piosenki w radiu czy zapachu? Kurwa, dlaczego? Tym razem chociaż wysilił się na orginalność i nie usłyszałam słynnego "kocham cię, ale miłość czasem nie wystarcza", tym razem już mnie nie kocha. Łatwo tak dać w dupę czterem latom. Łatwo tak kogoś wypatroszyć.
Ale luz, po wszystkim powiedział, że mu jest przykro. Zgadnijcie jak bardzo chciałam tu usłyszeć.

piątek, listopad 16, 2007

klik klik

klik... klikam sobie zębami. Od dwóch tygodni jest mi zimno (mimo grubej bluzeczki, swetra i kocyka), chwile ciepła zaliczam jedynie leżąc w wannie z gorącą wodą. Nie nadaję się jednak do tej strefy klimatycznej. Dobija mnie wiatr i fakt, że nie zależnie od ilości warstw jakie na siebie włożę i tak jest ich za mało. Czy decyzja o przeniesieniu się do jakiegoś miłego kraju położonego nieco bardziej na południu, powodowana tylko względami klimatycznymi, byłaby bardzo dziwna?

czwartek, listopad 15, 2007

lożka

Baaardzo daleko mi do jakiegokolwiek puryzmu językowego, dużo wybaczam (no może poza kturym i wogule), ale zęby mnie bolą gdy widzę słowa w stylu: ginekolożka. Czy psycholożka (ha, ciekawe, ginekolożkę firefox podkreślił jako błędnie napisane słowo, psycholożki już nie). Nie rozumiem czemu te durne baby uparły się na takie formy, przecież one brzmią tak idiotycznie, że osobiście wstydziłabym się ich używać wobec siebie czy innej kobiety. Co ja gadam, ja wstydziłam się ich używać! Przecież pracowałam z lekarzami. Co ciekawe żadna ze znanych mi lekarek nigdy nie mówiła o sobie inaczej niż "jestem psychologiem/ginekologiem/laryngologiem". Poza tym co zrobić z psychiatrą (psychaitrka? psychiatrolożka? psychiatranka?) czy chirurgiem (chirurgolożka? chirugica?). Naprawdę drogie feministki, są ważniejsze rzeczy do wywalczenia.

Co poza tym... zaczyna mnie nosić na każdą wzmiankę o pracy Admina. Normą ostatnio jest to, że wychodzi do niej na 8.30 a wraca o 22. Wczoraj wyszedł na 13. Wrócił o 2.30, dziś oczywiście o 7.30 zawył mu budzik. W efekcie jest tak zmęczony, że nie ma nawet siły się wyspać. Poczucie, że z kimś mieszkam budzi we mnie jedynie nadmiarowa, jak na moje możliwości, produkcja kubeczków po herbacie i znikający ser z lodówki. Niech to już wreszcie wróci do normy...

środa, listopad 14, 2007

małe, czerwone...

Co by było gdybym miała kupić sobie auto? Pewnie nic, ale jakie auto? Hmm... nie musi być bardzo szybkie, ale powinno być zrywne. Czemu? Bo fajnie jest się wyrwać pierwszej ze świateł. Tak, wiem, płytkie to i głupie, ale lubię. A do tego nie lubię jak jakiś ślamazarny szachista szuka jedynki dopiero na zielonym, co oczywiście jest idealnym przykładem na to jak wielką hipokrytką jestem, bo byłam pełna wyrozumiałości dla takich wołeczków, póki sama nie nauczyłam się budzić koni spod maski w odpowiednio krótkim czasie. Anyway - zrywne. Do tego powinno być niewielkie a co za tym idzie łatwoparkowalne. To co Admin potrafi zrobić z adminowozem budzi we mnie ogromny podziw, a czasem nawet zimny pot na karku, bo jeśli 5cm to masa miejsca przy ponad 4,5m długości i 1,7m szerokości to no... ja tak nie potrafię niestety. Zatem: zrywne i nieduże. Czyli? Jakiś sportowy cukiereczek z dwoma miejscami i bajeranckimi felgami. I tu pojawia się problem: sportowe cukiereczki wybitnie mi się nie podobają. Nawet jak są czerwone. Straszny problem, nie? Jak to dobrze, że nie stać mnie chwilowo nawet na wycieraczki do takiego cukiereczka...
No to udało mi się poradzić sobie z problemem, który sama wygenerowałam, och, jaka jestem zdolna. Zrobię sobie zupę...

poniedziałek, listopad 12, 2007

yy?

To ja sobie wpadnę w kompleksy. ;-)
Kto by uwierzył?

środa, listopad 07, 2007

Czy wiesz, że...

... istnieje coś takiego, i że można to hodować w domu? Aaaa! (jak już umrą nam wszystkie rybki...).

wtorek, listopad 06, 2007

tyru-ryru

Dziś był dzień drugi. I nadal mi się podoba. A wybrałam (oczywiście) tą małą firemkę, pełen rozczarowania i gniewu głos pani z tej dużej? Oczywiście, że bezcenny.
A tak nie w temacie: kilka notek temu pisałam o moim śnie, w którym mama ufarbowała się na rudo. Otóż dziś zrobiła to w rzeczywistości. Czy to znaczy, że Admin zaraz wyląduje pod nożem???

niedziela, listopad 04, 2007

Odyseja stołowa 2007

Gdybym była w telewizji to bym właśnie robiła jedno wielkie piiip.
A wszystko zaczęło się wczesną wiosną gdy obudziłam się którejś soboty o siódmej rano i poszłam zrobić siku. Wracając z łazienki, gdzieś na wysokości szafy w przedpokoju, doznałam olśnienia. STÓŁ! W jednej chwili w mojej głowie pojawił się STÓŁ. Fantazyjne, niestandardowe, nie do kupienia w IKEA rozwiązanie stolarskie pozwalające mieć ciastko i zjeść ciastko, a przekładając metaforę na stołową rzeczywistość - mieć spory stół i nie mieć sporego stołu zagracającego salon. Ponieważ przyzwyczailiśmy się do braku stołu nie robiliśmy awantur gdy okazało się, że stolarz całe lato spędza robiąc dachy i za tak przyziemne rzeczy jak stoliki zabierze się gdy skończy się sezon. Trudno. Poczekaliśmy jakieś hmm... 3 czy 4 m-ce (luzzzzik...) i dziś go odebraliśmy. Piękny! Ładnie zrobiony, polakierowany, śliczny!!! Szkoda tylko, że zrobiony w odbiciu lustrzanym względem naszego projektu, a co za tym idzie do niczego nam nie pasujący. I kurde oddajemy. Fak, fak, fak! A mamy taaaakie śliczne szklane podstawki pod kubeczki, z których od jakiś 2 lat nie korzystamy, bo nie mamy na czym ich stawiać, i wreszcie mamy na czym i dupa. Zaraz znowu nie będziemy mieli.

A jutro idę tyrać. Ale się cieszę. :-)

piątek, listopad 02, 2007

pomóżcie osiołkowi

Bo mu w żłoby dano...
"Duża firma, fajna pensja, świetny socjal, praca całkiem ciekawa, ale bez szans na wielki rozwój."
vs.
"Mała firma, niższa pensja, zero socjala, praca ciekawa, a ponieważ firma mała i prężna, to i szansa na rozwój jest."
Ja wiedziałam, że tak będzie, Murphy taka jego mać. A decyzję muszę podjąć dziś. Cholerano...