Dzięki małym różowym poznałam jak wygląda emocjonalność mężczyzny - płasko. Czuję się taka przyklepana. Nie mam napadów ryku i histerii, śpię bez problemów, umiem nie płakać w autobusie, ale w środku mnie wszystko boli. To wszystko co mam w klatce piersiowej zwinęło się w ciasny supeł i tak trwa. Czuję mój stres i lęk. Dalej nie jem, ale trudno, jeszcze nie mdleję, a za to pięknie szczupleję... (staram się patrzeć na te rzeczy co to są z drugiej strony medalu... pfrr.).
Słucham ludzi i zaczynam sobie spisywać:
- to nie ja mam problem, to on. To on nie umie z nikim dłużej niż 2 lata wytrwać, jak nie ma do czego się przyczepić uznaje, że miłość to za mało, gdy mamy całą resztą uznaje, że jednak brak miłości... Ze mną też coś jest nie tak, ale idę na warsztaty, może mnie oświecą, może pomogą mi funkcjonować z samą sobą. Boję się jednak strasznie, bo co jeśli cała ta chora sytuacja jest moją winą? Jeśli okaże się, że mogłam popracować nad sobą wcześniej, i teraz byłoby inaczej...? Nie wybaczę sobie...
- czy czułam się bezpiecznie? Nie. Wieki temu, gdy byliśmy po raz pierwszy razem długo myślałam co to za związek. Czy to już TO? Przecież ja taka smarkata... Gdy w końcu przekonałam się, że to TEN i TO usłyszałam, że to koniec. Gdy wrócił po niecałym roku nie udało mi się mu zaufać - ciągle bałam się, że zrobi mi znowu taki numer, znowu bez wyraźnej przyczyny, nagle i bez sensu powie, że ma mnie dość. Lęk tek przekładał się na masę rzeczy, które nie ułatwiały nam życia, a gdy mu o tym mówiłam głaskał i uspokajał, że przecież potrzeba mi czasu. I prawie zdążyłam. Gdy utwierdziłam się w przekonaniu, że mimo iż jest mi źle, że o coś się kłócimy, że sprawił mi przykrość jest jednak jedna rzecz stabilizująca wszystko - kochamy się, i bazując na tym można się kłócić, przecież będzie dobrze, czasem trzeba się o coś ściąć.
- czy wiem czego chcę? Tak. On? Nie sądzę... Gdy znikają motylki i różowe okulary pojawiają się wątpliwości i decyzje. Ale czy sensowne? Czuję się jak mebel, który można sobie przestawiać - więc dlaczego nie słucham rad, dobrych rad, które sugerują, że powinnam założyć szpilki, odwrócić się na pięcie i zapomnieć, bo nie warto nawet pamiętać? Pewnie dlatego, że nie umiem tak skreślać ludzi, a zwłaszcza tego konkretnego człowieka, którego znam pewnie najlepiej ze wszystkich i MIMO WSZYSTKO wiem, że warto spróbować.
I nawet on nie ma racji twierdząc, że nie jest wart mojej miłości i tego jak teraz cierpię. Raz, że nie znoszę gdy mi ktoś wmawia, że wie lepiej co jest dla mnie NAJ, a dwa, że to moja sprawa i moja decyzja kogo i jak kocham.
- czy wierzę ludziom gdy słyszę, że przecież to ja mam 25 lat, nie on, to ja mam czas na życie, to ja mimo wszystko jestem bardziej dojrzała? Tak. ALE. Ale mnie to nie obchodzi, bo przecież to nie ma znaczenia.