czwartek, sierpień 30, 2007

wszystko

Jest tyle notek, które usiłowałam napisać, ale po wklepaniu pierwszego zdania odechciewało mi się. O Antykwariacie, który był kiedyś bardzo sympatycznym miejscem, a teraz właścicielowi odbija, i niezwykle trudno o pochlebną opinię o miejscu w sieci. O bucikach, które wypatrzyłam sobie rok temu, a teraz znowu się pojawiły na sprzedaż, i o tym jak bardzo chciałabym znaleźć sobie w końcu pracę, by móc je sobie kupić. O tym, że dostałam ofertę pracy, i tak bardzo bym chciała, żeby wypaliło, że aż boję się o tym pisać, żeby nie zapeszyć. Trzymajcie kciuki w każdym razie, bo niewiele ode mnie w tym wszystkim zależy, głównym sprawcą będzie szczęście, lub jego przeciwieństwo, układ gwiazd, faza księżyca i zwykłe widzimisię. Bardzo fajna sytuacja, zgodzicie się, nie? Chciałam też napisać o tym, że byłam na Powązkach, że uwielbiam się tam wybrać od czasu do czasu i posnuć z godzinkę albo dwie. Cisza, spokój, żywego ducha. Dosłownie. Ach, tak! Miałam się jeszcze pożalić, że się rozpasłam. Spodnie, które zawsze mi z tyłka spadały, zaczynają się go niebezpiecznie dobrze trzymać, a to znaczy, że czas przejść na dietę ŻM. A nie lubię... Miałam napisać, że moja mam zapomniała o moich urodzinach, znowu, i rozumiem, że traumatyczne wspomnienia wypiera się z pamięci, ale no! Zresztą nie ona jedna, w tym roku życzenia dostawałam nie jednego dnia, a przez cztery, z czego życzono mi min: rosołu i krochmalu w sprayu, o co chodzi z krochmalem w końcu się dowiedziałam, co do rosołu nadal pewna nie jestem. Dostałam za to patent na pająki, i szczęśliwie jak na razie stoi nieużywany.
A poza tym to jesień idzie, nie ma na to rady. Kurdeno.

poniedziałek, sierpień 27, 2007

Mogło być gorzej i sex telefon.

Po tym jak godzinę siedziałam w kucki na schodach i łupałam orzeszki, moja lewa noga nabrała wigoru. Gdy szłam, odruchowo była posłuszna, jednak gdy usiłowałam siedzieć i trzymać ją nieruchomo radośnie podrygiwała. Łydka i udo ożyły i tak sobie drgały kilka godzin. I naprawdę mogło być gorzej, bo sprzęgła używam rzadziej niż gazu.

Wczoraj w granicach 2-giej w nocy TVN nadał reklamę jakiejś sex-linii. Klasyka: pojękujący głos zachęca do wysłania sms'a za jedyne 6,10zł z vat, a na ekranie wije się w konwulsjach lasencja. To co mnie w reklamie zaciekawiło: bałagan na łóżku (no jak można tak psuć kadr!). Suszarka bieliźniana w tle - ok, bałagan na łóżku to jednak nic wielkiego. And last but not least - lasencja ma WĄSY. Takie subtelne, owszem, ale jednak. Na pewno są chętni na wąsate Krysie, ale czy jest ich aż tyle, że opłaca się taką pokazywać w reklamie? Ok, mogli nie mieć drugiej Krysi w zapasie, ale przecież ogolić się da! Z bikini dali radę!

piątek, sierpień 24, 2007

dowód.

W końcu wymieniłam sobie dowód. Nie było tak strasznie jak w niektórych urzędach, gdzie trzeba o 5 rano po numerek się stawić, ale i tak urząd jak to urząd - czymś załamać musiał. Pochwaliłam się bowiem nowym dowodem Meg, która uświadomiła mnie, że w związku ze zmianą numeru dowodu powinnam poinformować o tym urząd skarbowy na odpowiednim druczku. Czy w urzędzie przy odbieraniu dowodu ktoś mi o tym powiedział? Czy była gdzieś na ścianie informacja? No przecież oczywiście, że nie. Zadzwoniłam tam nawet z pytaniem czy może oni we własnym zakresie informują US skoro nie zająknęli się nawet na ten temat, ale pani była bardzo zdziwiona moją bezczelną sugestią, że mogliby coś takiego robić w imieniu obywatela. Well, mam farta, że znam Meg, że ona to wie, i że przypadkiem zadzwoniła gdy akurat dowód odebrałam i miałam ochotę o tym powiedzieć. Przed czym jak przed czym, ale przed US należy czuć respekt.

środa, sierpień 22, 2007

Ludziom się chyba nudzi.

Zgadza się, gdy słyszę Blunt'a mam ochotę wyjąć komuś serce łyżką...

iha nie odpuszcza

Rany, co za kobieta! Ledwo wróciliśmy, a Admin już jest nagabywany o zdjęcia, a niektóre pary przecież wiedzą, że jakoś bardzo sprawnie to mu takie rzeczy nie idą. Ja jestem molestowana o relację. Y? Ja? Ja nie wiem co napisać! Że było rewelacyjnie? Toż to wiadomo :-)
Zaczęło się w piątek... Zostaliśmy zakwaterowani w domku razem ze świadkową, jej facetem i ich psem, około północy dołączyli do nas młodzi i Mariola Fryzjerka, która uznała, że skoro jest północ to pannie młodej należy wręczyć puszkę piwa, posadzić ją na stołku i ufarbować. Około 2-giej w nocy poszliśmy na zwiady, nikt się nie zabił na schodach w lesie, Iha nie zaryła twarzą w chodnik, co jej przepowiadaliśmy gdy wesoło skakała po stopniach, a panowie dekorujący salę weselną tylko trochę byli zaskoczeni wizytacją. Swoją droga odwalili kawał naprawdę doskonałej roboty. Świadkowa przy schodach do kuchni znalazła brytfannę pełną naleśników z dżemem. Nie wiemy skąd i po co, ale ponoć były pyszne - szkoda, że z dżemem. Gdy wróciliśmy ze spaceru, i uznaliśmy, że czas iść spać było ok 3.30, młodzi bynajmniej spać nie chcieli, a perspektywa ślubu za 14h jakoś wcale ich nie przekonywała, że może warto się zdrzemnąć.
W sobotę było pięknie. Pogoda była bardziej niż idealna. Pan młody zaczynał troszkę świrować, ale iha? Pierdolony kwiat lotosu... Byłam i jestem pełna podziwu - sama już dawno bym ześwirowała, zwłaszcza że np: na środku sali weselnej klepka się uniosła na 15cm, tworząc kilkumetrowego garba, jakim cudem obsługa go stłamsiła do 18? Nie wiem... Oczywiście była obsuwa w makijażu i czesaniu, potem zaginęły ślubne majtki (znalazły się dnia następnego), ostatecznie pod kościół przyjechali tylko troszkę spóźnieni. Ceremonia byłam całkiem ceremonialna, Tomek wprawdzie kilka razy chciał wyprosić księdza, gdy ten zaczynał pleść od rzeczy, ale było miło, sympatycznie i ślubnie. Droga powrotna była... hmm... no nie tego się spodziewałam. Wiozłam w bagażniku kwiaty, na tylnym siedzeniu prezenty i koperty, na dywaniku pod fotelem drobne, które młodzi zbierali zdzierając o bruk manicure, a które malowniczo się rozsypały przy hamowaniu. Za pasażera miałam Tomka, z którym snuliśmy piękne plany ucieczki z kopertami i szybkowarem w stronę zachodzącego słońca. Trasę pokonaliśmy ostatecznie dwukrotnie - młodym w limuzynie zabrakło wódki, po którą musieliśmy pojechać i im dowieźć, po drodze zgubili w sklepie (?) świadka, którego jakiś dziad chciał obić łopatą, a którego (świadka, nie dziada) trzeba było im do limuzyny także dostarczyć. O co poszło? Nikt, łącznie ze świadkiem nie umiał powiedzieć.
Wesele było jednym z najlepszych na jakich byłam. Udało mi się przekonać Admina, że to nie jest fajne, gdy ja grzeję krzesło przy stole, a on tylko zdjęcia robi, w związku z czym POTAŃCZYŁAM! Sukienka ślicznie się kręciła razem ze mną, Admin uważa, że majtek nie było widać, ale to pewnie dlatego, że były naprawdę niewielkie. Zespół grał tak, że nie sposób było usiedzieć, i okazało się, że wszyscy mogą się dobrze bawić, nawet gdy nie ma Białego Misia i tych wszystkich dziwacznych gier weselnych. Panna młoda kilka razy zaliczyła glebę, cóż... W tym raz udało jej się zjechać pod stół, tak, że z ramienia zdrapywałam jej rybę po grecku, jak ona to robiła? Ciężko powiedzieć. Hitem wieczoru było coś jakby karaoke. Otóż... Siedzę sobie z niejakim Paszkosiem, wysłuchuję nieciekawych opinii na temat warszawiaków gdy z radością stwierdzamy, że do mikrofonu dorwał się jakiś weselnik, nie wyglądający na gwiazdę rocka siwy pan. Uśmialiśmy się licząc na ciekawe show, i wtedy Pan zaśpiewał... ZA-ŚPIE-WAŁ! TAAAAK zaśpiewał. Nie wiem czy nie lepiej od wokalisty z zespołu, który już był chyba nieco zmęczony. Ostatecznie okazało się, że niesamowity wokal należy do ojca pana młodego. Naprawdę... wow.
Następnego dnia było śniadanie. Obsługa przytomnie uznała, że będzie je wydawać do 13, a w jego skład wchodziły min: dzbanki wody z cytryną w dużej ilości i dzbanek soku pomidorowego. Dobre było... Podczas samego śniadania okazało się, że jeden z weselników wyjechał po pijaku w nocy, ale zapomniał swojej kobiety zabrać. Znalazł się chyba po południu - wg jego zeznań wyjechał nocą, dałby sobie wszystko uciąć, że obok jechała jego ukochana, że z nią rozmawiał całą drogę. Nie umiał jednak powiedzieć jak się wyłgał patrolowi, który go zatrzymał. T. natomiast wracając nocą do domku zabłądził na całkiem prostej trasie i ponoć dwukrotnie pokonywał płot. Ciężko powiedzieć który, ale krawat znaleziony na siatce wskazuje na ten, stojący wokół zwierzyńca - stada danieli i jeleni.
Imprezowaliśmy do poniedziałku, pijąc wino, bujając się na wieeelkiej huśtawce, grając w bule, jedząc tort i pizzę, i pewnie moglibyśmy tak jeszcze z tydzień. Mogliby się hajtać jeszcze z raz albo dwa, zdecydowanie. W poniedziałek byliśmy też w Buczyńcu, zdjęcia niebieskich kółek u mnie, a łódek u Admina.

piątek, sierpień 17, 2007

rano w wannie

Kto nie był, temu powiem, że nasza łazienka ma okno. Duże, dachowe okno, wiszące skosem nad wanną, w której leżąc można patrzeć w chmury. Bardzo miła rzecz. Wystawcie sobie zatem moje zdumienie gdy dziś, umoczyłam tyłek w ciepłej wodzie, namydliłam się tu i ówdzie i leżąc sobie przyjemnie usłyszałam nad sobą coś. A jak wstałam to nawet to coś dojrzałam. PANA dojrzałam. Chodził sobie po dachu, a potem reperował komin! Tuż nad moją pełną wody wanną! I mną nagą i ociekającą obok. Chwilę ganiałam zdezorientowana i zawinięta w ręcznik szukając pomysłu jak dokończyć całą tę zabawę w zachowanie higieny, w końcu uznałam, że w sumie to jestem prawie umyta, i prawie nie robiło mi prawie żadnej różnicy, a włosy mogę przecież myć ubrana, zwisem przez brzeg wanny.

Jak tak można nad czyjąś wanną się przechadzać, no!

piątek, sierpień 10, 2007

iha zmienia stan skupienia

Za kilka godzin wsiadamy w adminowóz i jedziemy, o tutaj:
Ładne miejsce na wesele, nie? Proszę trzymać kciuki za pogodę i za mojego bolesnego bąbla rosnącego pod palcami lewej stopy, żeby go jasny szlag trafił i żeby poszedł do nieba dla odcisków - przed jutrzejszą imprezą, bo chciałabym trochę się pobawić (Admin jak zwykle robi zdjęcia, ale panna młoda załatwiła mi odpowiednią ilość męskiego towarzystwa). Poza tym z okazji imprezy stałam się posiadaczką całkiem nowych włosów (mama mnie na ulicy nie poznała, a potem uznała, że znowu na 13 lat wyglądam, Admin tylko kilka razy zapytał jak mam na imię, sama natomiast dalej nie umiem przyzwyczaić się do odbicia w lustrze. Przyjdzie z czasem, tak?), ślicznych kolczyków i bransoletki od Admina. Do tego dostałam stado biedronek, ot tak, bez okazji... on musi czegoś chcieć, nie? ;-)

sobota, sierpień 04, 2007

prezent

Mama miała imieniny ;-)

ściek

Po tym jak wczoraj rzęziłam i charczałam do 4 rano, oczywiście nie przez sen, wstałam sobie dziś o 8 i pojechałam na rozmowę. Rześka i prawie bez worów pod oczami usiłowałam nie zagłuszać za bardzo pana atakami kaszlu, ale nie było łatwo. Po standardowej rozmowie o doświadczeniach, stresie, umiejętnościach, oczekiwaniach i nawet trochę o dupie maryni, dostałam do rozwiązania test. Chyba trudny nie był. Prawdopodobnie ktokolwiek mający cokolwiek wspólnego z branżą rozwiązałby go z zamkniętymi oczami i bez czytania pytań, niestety ja z branżą wspólnego miałam jak na razie niewiele (poza byciem jej ofiarą. Codziennie.) ale naprawdę się starałam. Ostatnie pytanie jednak mnie zaskoczyło.

Dlaczego pokrywa studzienki kanalizacyjnej jest okrągła?

Hm? Anybody?
Nie, nie staram się o posadę szambonurka, a na pytanie w końcu odpowiedziałam. Chociaż prostota i oczywistość odpowiedzi na początku mnie zmyliły.

czwartek, sierpień 02, 2007

AŻ cztery

W Warszawie doliczyłam się 21 kin - przynajmniej tyle ma swoje repertuary na stronie gazety, i na 21 kin nowego Pottera bez dubbingu mogę obejrzeć jedynie w 4. Są to Multikino (cholernie daleko) i Cinema City Sadyba, Galeria Mokotów i Arkadia. Nie lubię żadnego z nich. Moja ulubiona Kinoteka nie ma, Praha też nie (najwygodniejsze fotele...). Nie lubię cinema city (i silver screenów zresztą też) za atmosferę macdonalda z własnym kinem, za to, że wychodzi się z nich w sklepy i za to, że są tak cholernie bezpłciowe. Do tego ceny, które naprawdę mogłyby być niższe - wyższa jakość czegokolwiek, czy wygodna sala za ceną biletów niestety nie idą. Tak sobie pomarudziłam Meg, która uświadomiła mi jedno: ja i tak mam AŻ 4 kina do wyboru. W Gdańsku jest 6 kin, bez dubbingu kopię ma jedno. We Wrocławiu na 5 kina napisy ma 21. Poznań: 11 kin, z napisami dwa. Kraków: 17 kin, z napisami także dwa. Ja rozumiem, że to film głównie dla dzieci, ale przecież z polskim dubbingiem da się obejrzeć tylko niektóre kreskówki (a i to od czasów Shreka dopiero). Dobrze, że chwilowo nikt nie usiłuje dubbingować filmów "dorosłych", chociaż co jakiś czas słychać cudowne pomysły, aby każdy film zagraniczny był dubbingowany, tak jak to jest w Niemczech - NIE! Błagam, nie! Chociażby z szacunku dla aktorów, którzy przecież nie grają tylko twarzą.

1. Sprawdzane na szybko, jasne, że mogłam się kopnąć... I tak są to głównie multinkina lub cinema city.