Rany, co za kobieta! Ledwo wróciliśmy, a Admin już jest nagabywany o zdjęcia, a niektóre pary przecież wiedzą, że jakoś bardzo sprawnie to mu takie rzeczy nie idą. Ja jestem molestowana o relację. Y? Ja? Ja nie wiem co napisać! Że było rewelacyjnie? Toż to wiadomo :-)
Zaczęło się w piątek... Zostaliśmy zakwaterowani w domku razem ze świadkową, jej facetem i ich psem, około północy dołączyli do nas młodzi i Mariola Fryzjerka, która uznała, że skoro jest północ to pannie młodej należy wręczyć puszkę piwa, posadzić ją na stołku i ufarbować. Około 2-giej w nocy poszliśmy na zwiady, nikt się nie zabił na schodach w lesie, Iha nie zaryła twarzą w chodnik, co jej przepowiadaliśmy gdy wesoło skakała po stopniach, a panowie dekorujący salę weselną tylko trochę byli zaskoczeni wizytacją. Swoją droga odwalili kawał naprawdę doskonałej roboty. Świadkowa przy schodach do kuchni znalazła brytfannę pełną naleśników z dżemem. Nie wiemy skąd i po co, ale ponoć były pyszne - szkoda, że z dżemem. Gdy wróciliśmy ze spaceru, i uznaliśmy, że czas iść spać było ok 3.30, młodzi bynajmniej spać nie chcieli, a perspektywa ślubu za 14h jakoś wcale ich nie przekonywała, że może warto się zdrzemnąć.
W sobotę było pięknie. Pogoda była bardziej niż idealna. Pan młody zaczynał troszkę świrować, ale iha? Pierdolony kwiat lotosu... Byłam i jestem pełna podziwu - sama już dawno bym ześwirowała, zwłaszcza że np: na środku sali weselnej klepka się uniosła na 15cm, tworząc kilkumetrowego garba, jakim cudem obsługa go stłamsiła do 18? Nie wiem... Oczywiście była obsuwa w makijażu i czesaniu, potem zaginęły ślubne majtki (znalazły się dnia następnego), ostatecznie pod kościół przyjechali tylko troszkę spóźnieni. Ceremonia byłam całkiem ceremonialna, Tomek wprawdzie kilka razy chciał wyprosić księdza, gdy ten zaczynał pleść od rzeczy, ale było miło, sympatycznie i ślubnie. Droga powrotna była... hmm... no nie tego się spodziewałam. Wiozłam w bagażniku kwiaty, na tylnym siedzeniu prezenty i koperty, na dywaniku pod fotelem drobne, które młodzi zbierali zdzierając o bruk manicure, a które malowniczo się rozsypały przy hamowaniu. Za pasażera miałam Tomka, z którym snuliśmy piękne plany ucieczki z kopertami i szybkowarem w stronę zachodzącego słońca. Trasę pokonaliśmy ostatecznie dwukrotnie - młodym w limuzynie zabrakło wódki, po którą musieliśmy pojechać i im dowieźć, po drodze zgubili w sklepie (?) świadka, którego jakiś dziad chciał obić łopatą, a którego (świadka, nie dziada) trzeba było im do limuzyny także dostarczyć. O co poszło? Nikt, łącznie ze świadkiem nie umiał powiedzieć.
Wesele było jednym z najlepszych na jakich byłam. Udało mi się przekonać Admina, że to nie jest fajne, gdy ja grzeję krzesło przy stole, a on tylko zdjęcia robi, w związku z czym POTAŃCZYŁAM! Sukienka ślicznie się kręciła razem ze mną, Admin uważa, że majtek nie było widać, ale to pewnie dlatego, że były naprawdę niewielkie. Zespół grał tak, że nie sposób było usiedzieć, i okazało się, że wszyscy mogą się dobrze bawić, nawet gdy nie ma Białego Misia i tych wszystkich dziwacznych gier weselnych. Panna młoda kilka razy zaliczyła glebę, cóż... W tym raz udało jej się zjechać pod stół, tak, że z ramienia zdrapywałam jej rybę po grecku, jak ona to robiła? Ciężko powiedzieć. Hitem wieczoru było coś jakby karaoke. Otóż... Siedzę sobie z niejakim Paszkosiem, wysłuchuję nieciekawych opinii na temat warszawiaków gdy z radością stwierdzamy, że do mikrofonu dorwał się jakiś weselnik, nie wyglądający na gwiazdę rocka siwy pan. Uśmialiśmy się licząc na ciekawe show, i wtedy Pan zaśpiewał... ZA-ŚPIE-WAŁ! TAAAAK zaśpiewał. Nie wiem czy nie lepiej od wokalisty z zespołu, który już był chyba nieco zmęczony. Ostatecznie okazało się, że niesamowity wokal należy do ojca pana młodego. Naprawdę... wow.
Następnego dnia było śniadanie. Obsługa przytomnie uznała, że będzie je wydawać do 13, a w jego skład wchodziły min: dzbanki wody z cytryną w dużej ilości i dzbanek soku pomidorowego. Dobre było... Podczas samego śniadania okazało się, że jeden z weselników wyjechał po pijaku w nocy, ale zapomniał swojej kobiety zabrać. Znalazł się chyba po południu - wg jego zeznań wyjechał nocą, dałby sobie wszystko uciąć, że obok jechała jego ukochana, że z nią rozmawiał całą drogę. Nie umiał jednak powiedzieć jak się wyłgał patrolowi, który go zatrzymał. T. natomiast wracając nocą do domku zabłądził na całkiem prostej trasie i ponoć dwukrotnie pokonywał płot. Ciężko powiedzieć który, ale krawat znaleziony na siatce wskazuje na ten, stojący wokół zwierzyńca - stada danieli i jeleni.
Imprezowaliśmy do poniedziałku, pijąc wino, bujając się na wieeelkiej huśtawce, grając w bule, jedząc tort i pizzę, i pewnie moglibyśmy tak jeszcze z tydzień. Mogliby się hajtać jeszcze z raz albo dwa, zdecydowanie. W poniedziałek byliśmy też w Buczyńcu, zdjęcia niebieskich kółek u mnie, a łódek u Admina.