No to jakby trochę mi się
rozjaśniło. Wszystkiemu winne jest to cholerne belle. Paskudny wyjazd, więcej nigdzie nie jadę. I do tego to bezrobocie. Motywacja do czegokolwiek po długim weekendzie jest niska, ale jeśli dodać do niej świadomość, że przecież dziś nic nie muszę, jutro także, a po jutrze też będzie kolejny dzień BEZ SENSU, to zaczyna ona przyjmować wartości ujemne. Ja już nie chcę siedzieć i nic nie musieć. Jasne, mam co robić. Mogę malować pokój, wywalać meble, a doczekawszy się odpowiedniej aury myć okna (która to czynność kwalifikuje się na mały remont). Mogę gotować trzydaniowe obiady (i rozdawać je ubogim, sama przecież najem się już podczas gotowania, a Admin nie jest z tych co to głodni wracają po pracy), mogę prasować skarpetki, mogę też spróbować je wykrochmalić i poukładać w kostkę w szafie. I bardzo przepraszam tych wszystkich, którzy faktycznie prasują skarpetki... Każdy jest dziwakiem, prawda? Ja mogę o sobie z czystym sumieniem powiedzieć, że temat skarpetek jest właśnie TYM tematem, którym raczej się nie chwalę, ale ponieważ od dwóch dni boli mnie głowa no i jestem PO belle, to co mi tam... Otóż, nigdy żadnych nie posiadałam. Skarpetek znaczy. Owszem, noszę i nosiłam je od zawsze, ale nigdy nie miałam. No może poza czasami gdy byłam niższa, bardziej urocza i kolor różowy nie był mi wstręty. Wtedy na pewno jakieś miałam, we wzroki czy coś. Natomiast od czasu kiedy to wyrosłam z tych dziecinnych nie kupiłam nawet jednej pary. Gdy jeszcze mieszkałam u mamy korzystałam ze skarpetek ojczyma. Miał ich ogromną ilość i wszystkie czarne. Prane były razem, potem trafiały do jednego koszyka w pralni i nigdy z niego nie trafiały do jakiejś skarpecianej szuflady. Leżały w koszyku, pomieszane i identyczne. Pary dobierało sie na podstawie dokładnych oględzin ściągacza, czasem mnie albo ojczyma nachodziła wena i mozolnie je parowaliśmy, ale ślicznie poukładane były tylko do kolejnego prania. W chwili gdy wyprowadzałam się do Admina pojawił sie problem, przecież nie ukradnę ojczymowi skarpetek. Wyniosłam się zatem z domu nie zabierając żadnej pary, zaopatrując się natomiast w spory zapas antygwałtek
1, w których chodziłam zanim nie odkryłam jak wygląda sprawa skarpetek Admina. Po jakimś miesiącu nauczyłam się jak je pożyczać, oczywiście Admin miał kilka innych określeń na nazwanie tego pracederu, aż w końcu uznał, że sprawę trzeba usestymatyzować i wydzielił mi te, które uważał za zbyt małe na niego, albo cisnące, albo niewygodne, albo coś tam. I tak dostałam w spadku całkiem pokaźną ilość par, które w jakiś sposób różnią się od innych, tych TYLKO Adminowych - nie wiem co jest kluczem, więc nie ja rządzę skarpetkami. Ale przynajmniej mam w czym chodzić i nie słyszę nic o kradzieżach... Wyrzuciłam to z siebie. Ktoś mi kupi skarpetki? ;-)
1. Takie jak rajstopy, podkolanówki...