czwartek, maj 31, 2007

bojowy lakier super utrwalający

Okazało się, że w mam w łazience skakuna. Wszystko było by dobrze gdyby nie fakt, że mam arachnofobię, i wiem, że nazwa skakun wzięła się od tego, że dranie potrafią SKAKAĆ. Brrr. Bestia siedziała na ścianie i się na mnie patrzyła. One zawsze się patrzą. Jak biegnie jakiś po podłodze to biegnie do momentu aż go zauważę. Gdy tylko na niego spojrzę drań się zatrzymuje i siedzi nieruchomo PATRZĄC na mnie. Gdy się odwrócę, albo zacznę od niego oddalać szerokim łukiem on szybciutko sobie odbiega. Jak tylko na niego spojrzę - zatrzymuje się i też patrzy. Normalnie jakby się ze mną bawił w "raz, dwa, trzy, baba jaga patrzy!". Chore, wiem. No ale skakun obok lustra... Mimo iż jest raczej mały (raczej to pojęcie względne) odsunęłam się najdalej jak mogłam i zaczęłam zastanawiać jak mam się umyć gdy on tu jest. Znaczy sama jego obecność mi nie przeszkadzała, problemem była moja świadomość, że on tam jest. I może do mnie podbiec... Albo doskoczyć!!! Brrr. Chciałam go wystraszyć robiąc mu nagłe BU! w twarz. Efekt? Stanął na tylnych nóżkach w pozycji bojowej (stojąc na pionowej ścianie!). BRRR! Nie mając innego wyjścia wpadłam w panikę i chwyciłam... lakier do włosów. Mój histeryzujący umysł rozumował tak: niefajnie jest oberwać lakierem po dwóch oczach, jakże niefajnie musi być oberwać nim po ośmiu!!! I dawaj, psik go po tych oczach (gdy już psikałam przypomniałam sobie, że dużo skuteczniejszy byłby miotacz ognia, łatwy do zrobienia w domowym zaciszu gdy ma się już lakier, ale nie wiem czy Admin by mi wybaczył spalenie mieszkania). Psikanie spowodowało skulenie się pajączka i powolne opadanie na nici. Może bardziej mu zaszkodziło posklejanie włosków niż lakier w oczach? Brrr. Ponieważ zwinięty i wiszący nie mógł biegać ani skakać (nigdy nie wątpiłam, że on chce wskoczyć na mnie) uciekłam z łazienki i smsem powiadomiłam Admina o kryzysie, uspokoiłam go, że dałam sobie radę i że nie musi się martwić. Na co dostałam odpowiedź, że mogę go gazetą uderzyć. OSZALAŁ! Miałabym się zbliżyć do niego na długość gazety? No way. Jeszcze na mnie wbiegnie. Albo wskoczy! Zajrzałam do łazienki... Był tam. Lizał rany. Zapewne układał plan zemsty siedząc na framudze... Ale głupi wlazł pomału w tę część framugi, gdzie wsuwają się drzwi przy zamykaniu, no dawaj go tymi drzwiami! I jeszcze ze dwa razy dla pewności... Przeżył skubany. Wiecie, jest chyba za mały by go tak ubić... Zamknęłam go w łazience i czekam na Admina, niech będzie męski.
I nie, nie wierzę w zapewnienia, że on jest taki mały i się mnie na pewno bardziej boi niż ja jego, i że nie ma szans mi nic zrobić. Jassssne...

środa, maj 30, 2007

Chyba widziałem kotecka?!

Jedziemy sobie ostatnio z Adminem, przez przejście przechodzi dziecko z balonikiem. Admin:
- Zobacz, balonik! W kształcie kaczuszki. Z wodogłowiem?

Doprawdy, jak można nie wiedzieć...
PS. W roli strasznego kotecka wystąpiła Potwór.

poniedziałek, maj 28, 2007

Być twardą słowianką, a nie miętką nindżą.

Jestem słowianką. Blada blondyna o jasnych oczach. Co zatem robię co roku? Bezmyślnie kładę się z książką na słoneczku...
Palą mnie piszczele...
Moje kolana są gorące...
Dekolt jest jakby ujarany...
Jedyny raz gdy się nie spaliłam, a OPALIŁAM miał miejsce w Egipcie, gdzie przez tydzień mój supervisor (znany też jako moja mama) pilnował bym co 15min się obracała, jak kawałek mięcha na grillu.

miejsce mojej kaźni

sobota, maj 26, 2007

dobrze być kobietą

Dla nas są lody, tiramisu i kakao, kwiaty, pachnąca piana w kąpieli, błyszczące kolczyki, korowe lakiery, sukienki, obcasy, tiule, perfumy w fikuśnych buteleczkach, świeczki z wtopionymi suszkami, landrynkowe drineczki, kapcie z króliczkiem, szminki warte pół pensji, koronki, spinki i kokardki, Friends, Love Actually czy aktualnie lecące Notting Hill... Dla nas są przyjaciółki, plotki i moralne wsparcie przy wyborze bucików, wieczory przy telefonie, pożyczone ciuchy, zakupy, głupie chichoty i narzekanie, że jesteśmy grube... Dlaczego zatem do ciężkiej choroby nie starczy to nam, tylko jak te ćmy co to w świeczkę, my sobie silnego ramienia szukamy i włochatej klaty? Przecież on i tak nas nie zrozumie, a w ostatecznym rozrachunku na plus wyjdzie tylko przy otwieraniu słoików i/lub użyczaniu swojej pianki do golenia. No naprawdę nie rozumiem, to pewnie ta nasza słynna nielogiczność, która niektórych tak urzeka...

środa, maj 23, 2007

Mały kwiatek...

...a jak cieszy :-)

poniedziałek, maj 21, 2007

prezent

Lato, wietrzyk mizia mnie po gołych stopach... mmm... czasem nawiewa internet, czasem go zwiewa... ale i tak jest bosko, mogłabym tak codziennie.
Przyjechałam dziś do mamy prosto z rozmowy o pracę, której i tak nigdy nie chciałam, bo nie sądzę by była ona warta codziennych półtoragodzinnych dojazdów w jedną stronę, ale Admin kazał mi iść - ot, dla wprawy. Trochę mi głupio było, bo nie dość, że na pewno nie chcę tam pracować to na dodatek nie wiedziałam na jakie stanowisko ma być to rekrutacja (tego udało mi się dowiedzieć jakoś w połowie rozmowy dopiero). Zobaczymy, mam nadzieję, że nie zadzwonią i nie będę miała problemu z decyzją.
Z rzeczy wielkich udało mi się dokonać dziś przełomu w moich stosunkach z mamą. Otóż zgodziła się bym ją ZAWIOZŁA1 do sklepu ogrodniczego gdzie zamierzała kupić (tutaj Kochanie mógłbyś przerwać czytanie, a przynajmniej czytanie ze zrozumieniem) ziemię ogrodową... Ziemi nie kupiła, za to znalazła sobie (znowu Kochanie nie czytaj...) drzewo. Niewielką wierzbę... To co nas zafascynowało w drzewku to jego cena - 20zł. Trochę tanio jak na tak wyrośniętą roślinkę.
- Przepraszam pana, ta wierzba kosztuje 20zł?
- Tak.
- A co z nią nie tak? Czemu taka tania?
- No niech będzie... 25zł.
- Wszystko z nią w porządku?
- 30?
Mama obejrzała drzewko, uznała, że mimo podejrzanej ceny jest całkiem obiecujące, i nawet dała się namówić bym je jej kupiła. Uważam, że tanio się wykpiłam jak na prezent urodzinowy. W końcu pani przy kasie nie wiedziała, że cena była negocjowana i zapłaciłam zgodnie z metką. Załadowałyśmy do bagażnika (nie czytaj...) worek ziemi dla moich kwiatków, a do środka adminowozu jakimś cudem upchnęłyśmy (dalej nie czytaj!) drzewo, tak, że ja mogłam prowadzić i nic mnie nie dźgało, ani też żaden kawałek nas czy prezentu nie musiał wystawać poza auto.
Wspominałam już, że tydzień temu Admin szalał w samochodzie ze szmatą i odkurzaczem? No właśnie...

1. Do tej pory każdą taką propozycję kwitowała kpiącym uśmieszkiem, a wiadomość, że jechałam po autostradzie przyjęła tak, że to Admin musiał z nią rozmawiać i zapewniać, że owszem, jechałam szybko ale on-miał-wszystko-pod-kontrolą. Phi.

wtorek, maj 15, 2007

pokąsana, uziemiona i drążona (gadem)

Coś mnie pokąsało po stópkach, i niestety nie był to Admin (on przynajmniej nie ma zębów jadowych). Pogryzło mnie coś co jadem dysponowało i nie zawahało się go użyć. Pewnie jakaś zdesperowana komarzyca. W efekcie jeden z palców u stopy przybrał odcień czerwono-purpurowy, opuchł, zrobił się dziwny w dotyku, koszmarnie swędzący i bolący. Od dwóch dni nie zakładam butów (wczoraj założyłam i poszłam do sklepu - GŁUPI to był pomysł, kurzatwarz, jak to bolało!). Admina posłałam do apteki po wapno - chyba pomaga, musi pomagać, jeśli okaże się, że ten obrzydliwy płyn, wyglądający jak wrząca siarka nie działa... no przecież wypiłam i nie porzygałam się tylko dlatego, że liczę, że zadziała! I do tej pory nie zdawałam sobie sprawy jak często używamy palców u stóp. Nawet śpiąc! Jestem kaleka i wkurwiona, bo uziemiona.

Dostałam dziś na gadzie wiadomość od nieznajomego, zajrzałam w archiwum by upewnić się, że go faktycznie nie znam i tu niespodzianka. Pierwszą wiadomość z tego numeru dostałam na początku września 2006. Kolejne były z końca września, stycznia, lutego (walentynki), kwietnia i z dziś. A ja systematycznie na żadną nie odpisywałam. Facet (?) jest wytrwały - pewnie zrobił sobie zakładkę "nieznajome" i wysyła w ciemno, może w końcu któraś się odezwie. Biorąc pod uwagę, że robi to co najmniej od 9 miesięcy chyba nie ma farta...

sobota, maj 12, 2007

Mamy małe glonojadki! - odsłona druga

Jak w temacie. Ciekawe kiedy je coś wpierd... znaczy zje.

(Tak Marto, akwarium to jedna wielka rzeźnia... ;-))

piątek, maj 11, 2007

pobelle i skarpetki

No to jakby trochę mi się rozjaśniło. Wszystkiemu winne jest to cholerne belle. Paskudny wyjazd, więcej nigdzie nie jadę. I do tego to bezrobocie. Motywacja do czegokolwiek po długim weekendzie jest niska, ale jeśli dodać do niej świadomość, że przecież dziś nic nie muszę, jutro także, a po jutrze też będzie kolejny dzień BEZ SENSU, to zaczyna ona przyjmować wartości ujemne. Ja już nie chcę siedzieć i nic nie musieć. Jasne, mam co robić. Mogę malować pokój, wywalać meble, a doczekawszy się odpowiedniej aury myć okna (która to czynność kwalifikuje się na mały remont). Mogę gotować trzydaniowe obiady (i rozdawać je ubogim, sama przecież najem się już podczas gotowania, a Admin nie jest z tych co to głodni wracają po pracy), mogę prasować skarpetki, mogę też spróbować je wykrochmalić i poukładać w kostkę w szafie. I bardzo przepraszam tych wszystkich, którzy faktycznie prasują skarpetki... Każdy jest dziwakiem, prawda? Ja mogę o sobie z czystym sumieniem powiedzieć, że temat skarpetek jest właśnie TYM tematem, którym raczej się nie chwalę, ale ponieważ od dwóch dni boli mnie głowa no i jestem PO belle, to co mi tam... Otóż, nigdy żadnych nie posiadałam. Skarpetek znaczy. Owszem, noszę i nosiłam je od zawsze, ale nigdy nie miałam. No może poza czasami gdy byłam niższa, bardziej urocza i kolor różowy nie był mi wstręty. Wtedy na pewno jakieś miałam, we wzroki czy coś. Natomiast od czasu kiedy to wyrosłam z tych dziecinnych nie kupiłam nawet jednej pary. Gdy jeszcze mieszkałam u mamy korzystałam ze skarpetek ojczyma. Miał ich ogromną ilość i wszystkie czarne. Prane były razem, potem trafiały do jednego koszyka w pralni i nigdy z niego nie trafiały do jakiejś skarpecianej szuflady. Leżały w koszyku, pomieszane i identyczne. Pary dobierało sie na podstawie dokładnych oględzin ściągacza, czasem mnie albo ojczyma nachodziła wena i mozolnie je parowaliśmy, ale ślicznie poukładane były tylko do kolejnego prania. W chwili gdy wyprowadzałam się do Admina pojawił sie problem, przecież nie ukradnę ojczymowi skarpetek. Wyniosłam się zatem z domu nie zabierając żadnej pary, zaopatrując się natomiast w spory zapas antygwałtek1, w których chodziłam zanim nie odkryłam jak wygląda sprawa skarpetek Admina. Po jakimś miesiącu nauczyłam się jak je pożyczać, oczywiście Admin miał kilka innych określeń na nazwanie tego pracederu, aż w końcu uznał, że sprawę trzeba usestymatyzować i wydzielił mi te, które uważał za zbyt małe na niego, albo cisnące, albo niewygodne, albo coś tam. I tak dostałam w spadku całkiem pokaźną ilość par, które w jakiś sposób różnią się od innych, tych TYLKO Adminowych - nie wiem co jest kluczem, więc nie ja rządzę skarpetkami. Ale przynajmniej mam w czym chodzić i nie słyszę nic o kradzieżach... Wyrzuciłam to z siebie. Ktoś mi kupi skarpetki? ;-)

1. Takie jak rajstopy, podkolanówki...

czwartek, maj 10, 2007

Meravigliosa creatura

Kto by pomyślał, że fiat... mrrrau...



PS. Dla tych co nie mają telewizora: nowa reklama fiata tak brzmi. :-)

wtorek, maj 08, 2007

W krainie absurdu

Absurd prześladuje mnie od wczoraj. Po powrocie z belle miałam plan by pojechać do szefowej, oddać kartę wejściową i załatwić ostatnie formalności. Rano, oczywiście po tym jak Admin pojechał szczęśliwie do pracy i zabrał ze sobą portfel, przypomniałam sobie, że w swoim mam niecałe 10gr i nie stać mnie tym samym na bilet, a nie przypuszczam żeby płatność kartą w kiosku była możliwa. Miotałam się zatem przez dwie godziny rozważając możliwości obejścia konieczności kupna biletu przy jednoczesnym dostaniu się do cywilizacji (bo przecież to, że będę jechać jeden jedyny raz bez biletu od kilku lat musi skończyć się kanarem, nie?). Nic nie wymyśliłam w kwestii biletu, wymyśliłam za to kolejny problem. Przypomniałam sobie, że przecież moje klucze ciągle są u sąsiada, który dokarmiał nam rybki. Zeszłam zatem do niego i tu zonk, nie ma nikogo? Jak to? Przecież mają małe dzieci i zawsze jest jakaś mama, niania, babcia...? Dzwonię do niego, fakt iż mieszkanie stoi puste nieco go zaskoczył, ale przypomniał sobie, że teściowie coś tam mieli załatwić - będą około 16. Rewelacja, do 16 nigdzie nie pójdę. Odwołałam zatem spotkanie z szefową, czekam do 16. Teściowie są, owszem, ale kluczy nie ma. Zaginęły. Zięć będzie ok 20... Ostatecznie udało mi się dostać klucze wieczorem, a dziś rano wsiąść w samochód z Adminem i dojechać do dawnej pracy. A tu kolejny absurd: dział HR'u nie do końca załapał, że ja już tam nie pracuję. Nie mają wypowiedzenia (oczywiście to ja mam wiedzieć gdzie się podziało) i ogólnie to czemu sama nie załatwiłam tego co oni mają zrobić? Przecież byłoby prościej. Najzabawniejsze jest to, że świadectwo pracy mieli mi dać do wczoraj. Nie dali oczywiście, jadę do nich ponownie za kilka godzin, jak mnie czymś wkurzą przypomnę im o tych kilku tysiącach kary jakie im grożą jeśli komukolwiek doniosę o tej obsuwie...