Wyryćkana jako świstak, tylko, że pracowo nie mogę się zdecydować: pójść w lody czy w martini? Potrzebuję wspomagacza, a sklep mam otwart tylko do 22, muszę szybciutko zdecydować.
Czuję się równie naiwna co oszukana, głupia blondyna w pełnej krasie, i tylko sobie mogę w brodę pluć, ale kurwa jakże mi przykro, no! Nie tak miało być, nie na to pozwolili mi się nastawić. Nie po to wytrzymałam jeszcze tyle. Tak się nie robi. Nie mnie, ani nikomu, bo to nie fair. I niech sika żwirem przez pół roku, i niech mu zrobią kanałowe bez znieczulenia. Per rectum. Tyle życzeń świątecznych dla pana dyrektora (no chyba, że ktoś ma jeszcze jakieś pomysły, z chęcią wysłucham).
Pół dnia włóczyłam się po mieście zagryzając wargi i będąc silną, nie ryczeć, nie warto. Nie. I łaziłam, kupowałam prezenty, rzuciłam się ratować pana, którego rozjechała jakaś pani, ale rzuciło się też naście innych osób, więc przestałam robić tłum. Potem obiad, a na koniec piwo. Od przyjaciół uciekłam, a głupia byłam. Było zostać, zalać się, co ostatnio jestem w stanie zrobić przy pomocy dwóch piw - starzeję się, i bawić się, nie zagryzać już, poryczeć im tam, a nie tu samotnie. Admina znowu nie ma, ale tym razem nie w pracy zalega, a na imprezie, i oczywiście tak, chciałabym aby przyjechał i utulił, ale przecież mu nie powiem. Więc do kogo mogę mieć pretensje? Do niego, że nie pomyśli? Przecież nie jest wróżką się dowiem... A ja pierdolę.
Nie lody, nie martini. Herbata. Dygocę.