środa, czerwiec 28, 2006

Dawno nie histeryzowałam, co?

Umiesz liczyć? Licz na siebie.
Znowu mi źle, znowu leżę w zagłębieniu sinusoidy i nie umiem nawet się pocieszać nadzieją, że przecież zaraz powinno już być tylko lepiej. Znowu doszłam do wniosku, że durna baba ze mnie. Naiwna i zupełnie nie potrafiąca uczyć się na własnych błędach. Pozostawiona sama sobie ze swoimi problemami zastanawiam się czy można gdzieś okazyjnie kupić brodę do plucia. Albo mur do walenia czołem. Na allegro nie znalazłam w każdym razie. Zbita i nieustająco bliska płaczu posłuchałam rady Meg i chociaż przez kilka godzin liczyłam tylko na siebie. Poszłam do kina. Sama. Lubię tak czasem, w środy o 15 sale zwykle są puste, nikt nie kicha i nie odbiera komórki, wielki ekran ma się dla siebie. Nawet nie o dobry film chodzi, raczej o oderwanie się od rzeczywistości. Dziś trafiło mi się dzieło o jakimś Tristanie i Izoldzie... Ponoć jakaś ekranizacja? Hm? Nie przypominam sobie bym czytała coś podobnego, ale warto było pójść chociażby dla zasłyszanej rozmowy w toalecie, pomiędzy dwiema ciągle nieletnimi, ale bardzo starającymi się to zamaskować makijażem i głębokością dekoltu niewiastami: "Najbardzej to mi żal tego Marka, dobry facet był a ci tak go wyrolowali. Żona i najlepszy kumpel go w wała zrobili, a on taki dobry był do końca...". Chociaż może to tylko zbieżność imion bohaterów, a tak naprawdę byłyśmy na innych seansach, nie wiem. W każdym razie kontynuowałam liczenie na siebie i dopieściłam się lodami, cukierkami jabłkowymi z sokiem i maseczką. Odebrałam też na poczcie kolejne majtki i kolczyki (szkoda, że do pracy w nich nie pójdę, są tak niesamowicie nieregulaminowe, że aż. I mówię o kolczykach, nie o majtkach!). Na koniec dobry obiad, do którego musiałam się jednak dość długo przekonywać. Rozwelekające się zdenerwowanie połączone z upałem powodują nagły spadek łaknienia, doprowadzający do tak męczącego uczucia głodu, że na samą myśl o jedzeniu robi się niedobrze. Niestety nie chudnę. I wszystko byłoby naprawdę super gdybym w między czasie się nie wyłamała z dobrego nurtu liczenia i nie wykonała jedego telefonu. Głupi pomysł to był, bo przecież z góry wiedziałam co usłyszę, a tak to tylko idiotycznie się dobiłam.
Ciekawe kiedy znowu się zapadnę...

niedziela, czerwiec 25, 2006

Bloody sunday. Pięknie było.

Zdjęcie autorstwa Kuby (zadziwiające, prawda?). Moja twórczość na tej drugiej nodze.

piątek, czerwiec 23, 2006

uć!

Czwartek w Łodzi. I news: Nogo, pijesz piwo jak facet! Dłuższą chwilę słuchałam tłumaczeń czym różnią się style picia z butelek męskie i żeńskie, i nie rozumiem jak ktoś mógł wpaść na pomysł zasysania zawartości z szyjki (znaczy to właśnie ma być ten kobiecy styl). Przecież łatwiej ją w siebie wlać, grawitacja to fajna i przewidywalna rzecz. No i wyszło jaka jestem kobieca, chociaż może to nie moja wina, bo coś mi się o ciemne zakamarki pamięci obija, że to mój tata uczył mnie pić soczek z butelki, bo nie chciało mu się zmywać po mnie kubeczków (mama uczyła mnie pić spirytus na wdechu, czy wydechu, nigdy nie wiem jak to powinno być, trenowałyśmy na wódce - do tej pory nie umiem, a i za wódką nie szaleję). Poza tym w Łodzi fajne knajpy są. Z odważnymi kelnerami noszącymi w kieszeni spodni nożyczki - na sztorc. Są odważni ale nie szalni - kieszeń tylnia. W Łodzi jest też coś z Krakowa, czy może Wenecji... Coś jakby gołębie.

wtorek, czerwiec 20, 2006

Plotka w stylu męskim

Od czasu gdy moje życie emocjonalne stało się równie nudne i słodkie jak galaretki w cukrze przeżywam cudze sensacje. Nie jest łatwo, zwłaszcza z mężczyznami.
Rozmawiałam dziś sobie na gg ze znajomym, który relacjonował mi na żywo przebieg naszego meczu o honor (przecież nie mogłam siedzieć w pracy nieświadoma kolejnej sytuacji podbramkowej, o ja naiwna). Nagle urwał, po kilku minutach napisał, że właśnie przyszła jego ex (tak, ta Ex!), z którą skończyli kilka ładnych miesięcy temu, a dziewczę akurat taką chwilę wybrało sobie na odbiór resztki swoich rzeczy. Do tego chciała Porozmawiać! Przez duże P!!! Porozmawiać "O NAS"! Oczy mi się zaświeciły, zaczełam dopytywać się o co jej chodziło.
"Nie wiem, wygoniłem za drzwi, przecież mecz jest!!!!"
No żesz... głupia baba, też sobie porę wybrała...


niedziela, czerwiec 18, 2006

Na łączce

Co robi słomiana Noga? Wypasa się.
Kuba wyjechał na regaty, a ja jem. Powinnam sobie darować, w końcu za niecały tydzień ślub Eilan i poly'ego, wypadałoby się w jakąś sukienkę wbić, ale co tam. Uwielbiam jeść. Gdy mi źle dopieszczam się myślami o jedzeniu, gdy mi dobrze też. Jedynie gdy mi bardzo źle i jestem zestresowana to nie jem, co nie zmienia faktu, że i wtedy potrafię dopieszczać się różnymi pysznościami, tylko, że rzadko kiedy maja one inną postać niż płynna. Nie muszą też one być wcale bardzo wyuzdane (znaczy te pyszności). Dziś na przykład chodził za mną makaron ze szpinakiem. Robi się toto w jakieś 10 minut. Trochę mi szkoda było gdy okazało się, że nie mam szpinaku mimo silnego przekonania, że jednak gdzieś być powinien, zawsze przecież jakiś zapasowy mam... ale co tam, jest fasolka. I kiełbaska z chrzanem. I kawał ciasta. I ogóreczki kiszone. I mozzarella, oliwki... I może naleśniki z syropem? A jutro kupię szpinak, mięcho jakieś i może jednak naleśniki zrobię? Aj, aj... Kochanie wracaj, zajmij mi czas, bo będziesz mnie musiał turlać.
Mmmmm.....

Coby zepsuć sobie apetyt obejrzę raz jeszcze reklamę gum mentosa (do dobaczenia też na tej stronie w zakładce videoklipy). Jestem twarda, ale to jest obrzydliwe. Te włosy, te... łeeee!

piątek, czerwiec 16, 2006

Lato

Meri nadaje z Krakowa, a ja zazdroszczę. Weekendowe wyjazdy na południe były swego czasu miłą tradycją, niestety sprzęg różnych zdarzeń, nie do końca niezależnych ode mnie, spowodował że obecnie nie mogę. I nie chcę. Wolę nie ryzykować. Umilam sobie za to czas piekąc ciasto. Najfajniejsze w pieczeniu jest wylizywanie. Zaraz za nim plasuje się wyrabianie ciasta dłońmi. Na trzecim miejscu jest zapach i smak pierwszego kawałka parzącego usta. Potem to już myslę tylko o talii...

A poza tym to ryby mi się gotują. Grzałka z termostatem? Tiaa...

środa, czerwiec 14, 2006

Spoceni, umięśnieni, żałośni.

Miałam nie komentować, ale nie mogę się powstrzymać - ROTFL. Jesteśmy żałośni i nie powinniśmy pojawiać się na międzynarodowej murawie.

"Polacy zawsze grają trzy mecze - pierwszy, o wszystko, i o honor."

Hihihihi!

wtorek, czerwiec 13, 2006

Kolejny udany dzień.

Nigdy nie zgubiłam kluczy. Nigdy nie dałam się okraść w autobusie. Nigdy nie zabłądziłam. Nigdy nie przespałam swojego przystanku. Zawsze wiem gdzie mam dokumenty. Zawsze zabieram za dużo pienieniędzy, nigdy za mało. Nigdy nie obudziłam się po imprezie ze sporą luką w pamięci i fikuśnym tatuażem na udzie1. Nigdy nie czułam potrzeby łykania postinoru. Zawsze wiedziałam ile mogę. Zawsze też powtarzałam sobie, by nie polegać na logiczności i potencjalnej inteligencji innych, nigdy też nie pamiętam o tym w odpowiednich chwilach...

Jak widać cenię sobie spokój ducha w kwestiach przyziemnych. Czyżbym była odpowiedzialna? No bez przesady... Ale po takim dniu jak dziś zaczynam rozumieć i cenić ludzi takich jak bohater tego filmu, który zaczyna się w wielkim w korku i owy bohater się wkurwia, bo wszyscy trąbią, więc bierze broń i idzie w miasto, i trafia do mcdonalda i chce śniadanie, ale przychodzi o 3 minuty za późno i... Wiecie o czym mówię, nie? No to ja właśnie tak mam...

1. Akurat tego czasem żałuję...

piątek, czerwiec 09, 2006

Kobieco, logicznie.

Gdy facet traktuje mnie jak kumpelę czuję się niepewnie. Zdecydowanie wolę gdy bierze mnie za kumpla. Męskie rozmowy są proste, piwne i wesołe. Kobiece są głębokie albo idiotyczne - w żadnej z tych odmian faceci się nie sprawdzają. Poza tym taka sytuacja wymaga ode mnie poruszania emocjonalnych tematów z użyciem logicznej argumentacji, co jest strasznie niewygodne. Podczas rozmowy z kobietą starczy rzucić dwa czy trzy słowa, a ona i tak zrozumie, facetowi natomiast trzeba tłu-ma-czyć. I tak dziś, nie mając własnego faceta w zasięgu, poszłam na kawę z M. Znamy się kilka lat, widujemy rzadko. Opowiedział mi o swoim mało burzliwym rozstaniu ze śliczną A., która jest tak śliczna i urocza, że aż. Swoją drogą to nie wiem jak on wytrzymał prawie 6 lat z tak urokliwym króliczkiem - ślicznym, milusim i głupiusim...
A potem się zaczęło...
- Jesteś z Adminem?
- Owszeeeem...

Tak troszkę niepewnie się poczułam, bo do czego on może zmierzać??


- Ale też chyba przechodziliście ciężki okres?

On chyba żartuje...?

- Rzucił mnie przecież, w sumie to można to nazwać ciężkim okresem.
- O. Ale wrócił?

??? Aaaaa!!!!

- Wrócił.
- A nie byłaś na niego zła??

Nie żartował, cholera. "Zła"?!? Zła to ja mogę być jak mi oczko pójdzie w rajstopach...

- Zła? Eee... to chyba nie najlepiej opisuje co czułam...
- Tak? A co czułaś?

PAS!!! Nie będe w TEN sposób o TYM rozmawiać. No way. Gdyby był kobietą zauważyłby moje spojrzenie i nie pytał dalej tylko pokiwał głową. Ale nie... nie jest kobietą.

- A teraz? Jesteś szczęśliwa?
- Jestem. A tak przy okazji, widziałeś się ostatnio z C.???

Kretyn kretyn kretyn. Znaczy samiec.

Dostałam za to kwiatki, w podzięce za wyszarpnięcie dwóch godzin ze swojego bogatego życia. Dziękuję.

Mam kredyt tak w ogóle (widać da się w 20 minut, bez biurokracji, z miłym panem, z umową na czas określony i cytrynowym cukierkiem), w związku z czym postanowiłam jeszcze nie wpadać w depresję. Idzie lato, jest po co żyć.

czwartek, czerwiec 08, 2006

Kurwabank

Bank. Reklamujący się jako przyjazny klientowi, miły, uroczy, uczciwy... Blablabla, padło na niego przy wyborze dawcy kredu. Ponieważ mam umowę na czas określony, kredyt zobowiązała się wziąć moja mama, coby warunki były nieco lepsze, ja miałam go tylko wydać. No i spłacać.

Piątek
Od doradcy kredytowego (tak, dorobiłam się takowego) dostałam maila z wszystkimi niezbędnymi papierami. Dopytałam się pani czy one starczą do podpisania umowy. Oczywiście, że tak, nic więcej nie będzie potrzebne. Ok, super. Wydrukowałam, zaniosłam mamie do wypełnienia.

Poniedziałek
Dzwonię do banku z pytaniem czy jak przyjdę z tymi dokumentami (tu wymieniam dość krótką listę) to czy dostanę umowę od razu, za jedną wizytą w oddziale. Oczywiście! Super.

Wtorek 12.00
Pojawiamy się z mamą w oddziale. Dajemy pani Jolancie W. papiery, dokumenty ze zdjęciami sztuk dwa. Pani mówi, że super, jest wszystko. Gdy pytam o konkretne wyliczenie wielkości rat pani oznajmia, że "oj, system jej nie działa". Że może ona zaprosi nas jutro?
"NIE proszę Pani, nie mamy kiedy tutaj wrócić na kolejne spotkanie, powiedziano nam, że uda się załatwić wszystko przy okazji jednej wizyty. Mamy czas, poczekamy."
Ok. Poszłyśmy na kawę, pani zawołała nas po 10 minutach. Wypełniłyśmy co potrzeba, pytamy się co dalej.
"No teraz muszę to wysłać do centrali, zapraszam panie już jutro do podpisania umowy."
"EE?? Przecież mówiłyśmy, że nie możemy przyjść innego dnia. POCZEKAMY ALE CHCEMY TO ZAŁATWIĆ DZIŚ!!!"
"Ok, rozumiem. Ale to troszkę może potrwać, jakieś półtorej godziny nawet."
"Dobrze, poczekamy."
Była 12.40. Przed 14 musiałam się zbierać do pracy, mama została. Czekała w sumie 2 godziny, w końcu została poproszona. Dostała umowę, podpisała. Na co pani oznajmia radośnie:
"Teraz muszę umowę przesłać do głównego oddziału, zapraszam już jutro na podpisanie jej i zatwierdznie!"
Znam moją rodzicielkę i głęboko współczułam pani Jolancie W. gdy rozmawiałam z mamą o całym zajściu wieczorem, podejrzewam, że została wsmarowana w wykładzinę i dowiedziała się sporo na temat swoich kompetencji i inteligencji. I nawet nie chodzi o sam fakt procedur - głupia baba trzymała tam mamę ponad dwie godziny na próżno. W każdym razie uzgodniły, że mama pojawi się u niej dziś rano o 8 i podpisze jednak ostatecznie te cholerną umowę. Wczoraj pani zadzwoniła do mamy z informacją, że wyszperała w jej przeszłości kredytowej jakąś zapłaconą z opóźnieniem ratę i 20zł odsetek naliczone z tej przyczyny.
"Czy mam wykonać tam przelew na te 20zł? Nie wiedziałam nawet, że mam tam te odsetki..."
"Nie, nie, przelew nie będzie konieczny. Zapraszam jutro rano."
Dziś o 8 rano rozpętało się małe piekiełko ponieważ pani (tak, ciągle ta sama Jolanta W.) powiedziała, że są naliczone odsetki i wpierw trzeba je uregulować aby umowa mogła być zawarta. Wolę nie wiedzieć co moja mama jej zrobiła. Ale postanowiłam zatruć życie pani Joli również ze swojej strony i wybrać się do jej przełożonego jutro z chęcią wyrażenia stosownej opinii o pani, jej pracy i inteligencji.
Wkurwiona jestem niesłychanie gdyż przez debilizm i brak umiejętności kojarzenia pani Joli straciłam tydzeń na uzyskanie pieniędzy, bo bynajmniej nie o przerośnięte procedury się wściekam.
Będę się mścić, i co z tego, że zemsta to rozkosz umysłów słabych i małostkowych, rozkoszą wszakże być nie przestaje, nie?

I żeby nie było wątpliwości. Chodzi o "pożyczkę od ręki" (tak się nazywa ten kredyt, zabawne nie?) w BPH. Polecam... a jakże. Namiary na panią Jolę też mam jakby ktoś miał nowy tasak czy pitbulla do przetestowania.

Czekam.

Rany, jak strasznie mi się nie chce.... Chciałabym żeby już była sobota po 15-stej.

środa, czerwiec 07, 2006

No i będzie tego...

Znaczy obłędnej szczęśliwości. To już jest koniec. Nie ma już nic... No może poza wielką czarną dziurą /tak jakby/ rozpaczy. Nie wiem co teraz zrobię (jakbym kiedykolwiek wiedziała!). Może wypróbowaną metodą zaleję się niewesoło i będę bujać się miarowo w przód i w tył, zawinięta w kocyk w rogu kanapy? Cholera no!
Na początku lipca moja rodzina wyjeżdża1. Będę musiała oddać im walizkę2!!!!

1. Na dwa tygodnie przenoszę się na wieś. Impreza? Hmmm...
2. Tak, tak.... Kłamałam, ona tak naprawdę to nie jest moja, ino pożyczona...

wtorek, czerwiec 06, 2006

Mam wielką walizkę. Jest niebieska i służy za szafę.

Zacznę od uświadomienia niektórym faktu, że Admin ma pasję. Drogą pasję, którą realizuje kupując sobie różne dorbiazgi, na które tak właściwie to go nie stać (żegnaj wizjo szafy w najbliższej przyszłości). Ja niestety ową pasję podzielam i zaczynam realizować ją kupując różne drobiazgi. Na które także mnie nie stać (witaj mój pierwszy kredyciku!). I tak wczorajszy wieczór spędziliśmy wybebeszając adminową torbę od aparatu, by zmieścił się w niej już-prawie-kupiony nowy obiektyw. O przepraszam! Mówi się szkło, nie obiektyw (tak bez slangu byłoby głupio, nie?). Owo szkło jest wielkie i ciężkie. Torba zaś nie urosła, a ilość sprzętu niezbędnego (hmm) nie zmalała na korzyść nowego szkiełka. Zatem zaczęliśmy kombinować. I (nie chwaląc się) mój mały geniusz i wyobraźnia przestrzenna pozwoliły Adminowi upchnąć w ową torbę nie tylko nowe szkło i pozostały sprzęt, ale dały mu całkiem sporą ilość wolnej przestrzeni (taką akurat na butelkę coli 0,5l. Z chorą fascynacją snuję wizje rozpuknięcia się takiej butelki...). Sam fakt przepakowywania oświecił mnie w pewnej drażliwej kwestii damsko-męskiej... To nie jest tak, że kobiety nie potrafią się pakować, że biorą za dużo głupot, czy za mało rzeczy potrzebnych. To mężczyźni nie umieją! Mając do dyspozycji torbę upchną w nią tylko to, co się w niej zmieści. Kobieta wsadzi tam znacznie więcej!!! Nie wynika to bynajmniej z braku umiejętności posegregowania zabieranych rzeczy, przecież wszystko może się przydać w luksusowym hotelu! To mężczyźni, ograniczeni swoją nieumiejętnością zaginania niektórych przestrzeni, muszą swoje rzeczy cedzić przez sito. Takie z jedną, ogromną dziurą...
Nie dam sobie więcej wmówić, że się kiepsko spakowałam. To, że nie jestem w stanie podnieść walizki, znaczy tylko tyle, że mam po co inwestować w siłownię. I nic więcej!

niedziela, czerwiec 04, 2006

Mogłabym - notka motoryzacyjna.

Mogłabym mieć kochanka. Admin nie interesuje się zupełnie tym co robię gdy jestem sama, poza tym widujemy się raczej rzadko, więc nie miałabym problemów z utajnieniem pewnych zajęć. Przetestowałam nawet sprawę. Udało mi się przed Adminem ukryć ok. 22 godzin spędzonych za kierownicą na ulicach Warszawy, a do tego całodniowy wyjazd na kresy w celu zdania egzaminu. Nic, zero podejrzeń czy pytań z jego strony.
Jeśli zaś chodzi o kurs i jazdy...
Ogromne skrzyżowanie, Jerozolimskie i Marszałkowska, miliard wkurwionych samochodów wokół, samochód mi gaśnie właśnie po raz kolejny, a mój 60-letni instruktor opowiada mi o tym jak to był w Stanach dwa lata i pewna prostytutka OBANAŻAŁA się przed nim i jego kolegą demnstrując to co zwykle kobiety noszą zakryte. To obnażanie było jakąś formą marketingu bezpośredniego, ale wnoszę, że niezbyt skutecznego. Po kilku nieco mniej barwnych opowieściach zza oceanu zaczęła się inwigilacja. Wiek? Stan cywilny? Praca? Chłopak? Ile ma lat? Jak się nazywa? Długo jesteście razem? Mówiłaś, że ile masz lat?? A on?? Mieszkacie razem?! Hmmm... No to tak ze trzy lata możesz sobie jeszcze poszaleć na kocią łapę, ale potem to już koniecznie legalizacja i dziecko. NIE PÓŹNIEJ! Moja córka właśnie ślub brała....

/Aaaaaaaaaa!/

Innym razem trafił mi się instruktor psychoanalityk. Wsiadłam do samochodu, ruszyłam. Po jakiś 3 sekundach padło dudniące:
- Kasiu, już wiem wszystko.
I zamilkł, ograniczając się tylko do lakonicznych lewo, prawo, prosto. Wyprowadził mnie na jakieś puste zadupie, kazał się zatrzymać i pół godziny, tonem wykładowcy i księdza jednocześnie, tłumaczył mi negatywne skutki tłumienia przeze mnie moich lęków, ulegania złym nawykom i istenia we mnie zaciągniętego hamulca ręcznego, na którym ciągle jeżdżę, a powinnam go jak najszybciej zwolnić. Że co proszę?!
Jeździłam też z chłopaczkiem młodszym ode mnie, na którego w pewnym momencie się wydarłam, że jest bezużytecznym balastem, a nie instruktorem. Pomogło. Odłożył komórkę i zaczał mi odpowiadać na pytania.
Najfajniej było z Anką, która tłumaczyła mi spiskową teorię na temat Grupy Trzymającej Kodeks Drogowy. Zasadniczo sprawa sprowadzała się do pomysłu ustalania takich przepisów by niemożliwością było ich niełamanie, i takim zamąceniu w taryfikatorze i przepływie kasy za mandaty aby cała forsa szła na konto owej Grupy. W sumie to bym się nie zdziwiła.
Jeśli zaś kogoś interesuje wynik egzaminu to NIE, nie mam papiera, ale udało mi się zaliczyć teorię. Plac oblałam jak ostatnia kretynka i do dziś pluję sobie w brodę, bo wiem, że umiem, a to że nie wyszło to porażka straszna. Następnym razem... Oby.


czwartek, czerwiec 01, 2006

Kolejna prohibicja

Mama z roku na rok daje mi coraz dziwaczniejsze prezenty. Rok temu uznała, że powinnam dostać coś od serca. Coś miłego. Coś zupełnie jak bony sodexho....
W tym roku całkiem przypadkiem i nieoczekiwanie dostałam w prezencie jej zdolność kredytową, co daje mi wreszcie możliwość ubicia kilku nieciekawych schiz jakimi potrafiłam zatruć niejedną fajną chwilę. W moim prywatnym rankingu dziwacznych prezentów ten najnowszy przebił nawet kostkę brukową, którą Admin ukradł dla mnie spod domu Meri. Wprawdzie pewna osoba obiecała mi kiedyś różowe kaloszki obszyte puszkiem w tymże kolorze, i jeśli kiedykolwiek pomysł ten zrealizuje ma szansę wskoczyć na szczyt rankingu... ale... pieśń przyszłości, lub mrzonki naiwnej, i wcale się nie dopraszam, grunt bym chwilowo dostała naklejkę z waleniem*, metoda małych kroczków czy coś tam...

Pomóżmy dzieciom, hm?


*zwierzątko, nie czynność!