Albert niech się schowa. Teoretyk niewydarzony. Ja, ja Noga!, od razu do praktyki przeszłam! Wczorajsze popołudnie miałam bowiem zaplanowane co do minuty. Opracowałam przejazd trzema autobusami, z uwzględnieniem spoźnień, wypadków i katastrof naturalnych, tak by u Admina być punktualnie, Plany mieliśmy bowiem. Przez duże P. Wyliczyłam czas na drzemkę (rzecz absolutnie konieczna po porannej zmianie jeśli mam ambicję być w pionie po godzinie 20.00), dorzuciłam sporo na robienie się na bóstwo (czasochłonne, wiem), dotarcie do przystanku i karmienie lypek. Ustawiłam budzik i usnełam przy mądrych komentarzach filmu o krokodylach.
Obudziłam się... hmm... ożeszqrwa... 40 min po budziku. I zaczełam zaginać. Woda do wanny. Włosy? Myłam rano, są ok. Pasta, szczotka, ręcznik, maszynka do golenia. Do wody. Gorączkowe rozmyślania w co się ubrać. Byle nie zaciąć się w kolano... tylko nie kolano, no! (Tak, mam małą fobię - nie czuję się wyjściowo jeśli nie mam świeżo ogolonych nóg. Myślcie sobie co chcecie. Nawet na urodziny babci muszę je ogolić.) No dobra... mydlinki nie do oczu, nie do oczu mówię!... do szafki. Znaczy ja, zajrzeć, poszukać... do szafki, nie mydlinki do szafki. Fak. Wytrę później. Majtki. Pończochy. Cholera, zimno mi będzie. Trudno, trza być twarda słowianka a nie miętka nindża. Pierdzielone pończochy, cholerny pasek do nich, przeklęta niech będzie NIEUPRASOWANA koszula. Fak. Dobra, to ja może za 40 sekund podejmę decyzję w co się ubrać, teraz się umaluję i porzucam mięsem...
Maskowanie na twarzy - jest. Bielizna na tyłku - jest. Ubranie? Hmmm... Co tam, nie ma 20 na minusie, może być cienka spódnica. Obcas, sprawdzone kolczyki, nie mam czasu na eksperymentowanie. Na nic nie mam czasu. O rany. Mam czas! Jestem 6 minut do przodu!!! Akurat tyle by dziabąć łyk soku i wyjść.
Świadoma lodu pod stopami, krokiem posuwistym pokanałam akurat taki odcinek dorgi, by móc dokładnie obejrzeć jak ucieka mi autobus. Drań nie spóźnił się, nie... spóźnia się wtedy go na przystanku czekam już 15 minut. Nie przyjechał też punktualnie, ale tego przecież nie robi nigdy. Przyjechał 4 minuty za wcześnie. Gorszego czasu nie mógł mieć, naprawdę. Cóż, czas iść z buta. Buta z obcasem i ujemną przyczepnością nawet na suchym betonie. Nie muszę chyba wspominać, że suchy beton to ostatnio widziałam pół roku temu, nie? Ale co mam zrobić? Idę. I doszłam. Szybciej niż zwykle mi sie udaje w całkiem wygodnych i przyczepnych butach.
Jeden autobus, drugi. Dojechałam. Miałam w zapasie jeszcze 10 min. Duma i szok - to się we mnie mieszało, chlupało i kipiało. Zagiełam go, pogiełam i wymiętosiłam. Jest mój, ja tu rządzę, ja tu jestem królewną... hhh!
No ale po co to wszystko? Po co? Po nic. Absolutnie po nic jak się okazało. Równie dobrze mogłam przyjechać 40 minut spóźniona, w jeansach i swetrze, nie byłoby róźnicy. Jakby ktoś uważał, że mimo to jest zbyt optymistycznie to dowiedziałam się także, że jedą z moich wad jest szczera nienawiść i pogarda dla palenia, połączone z totalnym brakiem wyrozumiałości dla niego i poglądem iż jest ono przejawem bycia słabym i żałosnym. Jeszcze większą wadą przy tym wszystkim jest moja ogromna chęć przekonania Admina do rzucenia tego idiotycznego procederu. Wiem, podłam niemożebnie, niesprawiedliwa, niewyrozumiała i w ogóle wstrętna. Trudno.