Macanki - kaszlanki

Na śniadanie wszamałam część tego co widać na zdjęciu z dużą łyżką syropu klonowego (z kanadyjskiego supermarketu, taki wybierali tubylcy - zapewniało Boostwo). Nie ważne, że razem to raz-dwa-trzy-mnówsto! kalorii. A dużo kalorii i ochota na przyswajanie jeszcze większej ich ilości połączone z seansem Love Actually (lub kolejną serią Przyjaciół, jeszcze się nie zdecydowałam) może oznaczać tylko jedno - mam doła, jest mi źle, nikt mnie nie tuli, nie głaszcze i czemu ach czemu męczą mnie te ataki kaszu?! Wyplułabym wreszcie te płuca z siebie i miałabym spokój.
Udało mi się przy tym wszystkim przetrwać pierwszą wizytę mamy & Co. na adminowych włościach. Mieszkam tutaj już jakiś czas, ale dopiero zazębienie się mojego zwolnienia, ferii Jaśka i urlopu pozostałej reszty skłoniło ich do odwiedzenia mnie w nowym otoczeniu. Inspekcja przebiegła całkiem sympatycznie, nikt nie potknął się o kłęby kurzu, ani nie ugrzązł w plamach na podłodze, ale nie rozumiem jednego - dlaczego macali okna? Podchodzili do nich i macali szyby mrucząc przy tym pod nosem. Znacząco mrucząc. Macali też Georga ale nie mruczeli. Wyrażali zachwyt. Dużo zachwytu.
- My też sobie założymy akwarium!
- Jasne, skoro mamy cztery kotki to akwarium jest kolejnym logicznym nabytkiem.
- Oczywiście zaraz po psie. Którego już macie...




