piątek, styczeń 27, 2006

Macanki - kaszlanki


Na śniadanie wszamałam część tego co widać na zdjęciu z dużą łyżką syropu klonowego (z kanadyjskiego supermarketu, taki wybierali tubylcy - zapewniało Boostwo). Nie ważne, że razem to raz-dwa-trzy-mnówsto! kalorii. A dużo kalorii i ochota na przyswajanie jeszcze większej ich ilości połączone z seansem Love Actually (lub kolejną serią Przyjaciół, jeszcze się nie zdecydowałam) może oznaczać tylko jedno - mam doła, jest mi źle, nikt mnie nie tuli, nie głaszcze i czemu ach czemu męczą mnie te ataki kaszu?! Wyplułabym wreszcie te płuca z siebie i miałabym spokój.
Udało mi się przy tym wszystkim przetrwać pierwszą wizytę mamy & Co. na adminowych włościach. Mieszkam tutaj już jakiś czas, ale dopiero zazębienie się mojego zwolnienia, ferii Jaśka i urlopu pozostałej reszty skłoniło ich do odwiedzenia mnie w nowym otoczeniu. Inspekcja przebiegła całkiem sympatycznie, nikt nie potknął się o kłęby kurzu, ani nie ugrzązł w plamach na podłodze, ale nie rozumiem jednego - dlaczego macali okna? Podchodzili do nich i macali szyby mrucząc przy tym pod nosem. Znacząco mrucząc. Macali też Georga ale nie mruczeli. Wyrażali zachwyt. Dużo zachwytu.
- My też sobie założymy akwarium!
- Jasne, skoro mamy cztery kotki to akwarium jest kolejnym logicznym nabytkiem.
- Oczywiście zaraz po psie. Którego już macie...

czwartek, styczeń 26, 2006

George :)

(ryby już wkrótce...)

hm?

Bardzo bym chciała, by jakaś dobra dusza wyjaśniła mi fenomen bezrobocia w tym kraju. Obecną pracę dostałam w 10 dni (w tym jeden weekend) licząc od pierwszej rozmowy, a na telefonie "dostała pani pracę" kończąc. Aktualnie zbieram się do zmiany na jakąś ciekawszą, bo ile-qurde-można? Od kilku tygodni Admin mi dzielnie poniedziałkową wyborczą kupuje, a ja nie mam weny, by się zebrać i chociaż ją przejrzeć. A tu dziś dzwoni mi komórek i radośnie informuje, że nazywa się tak-a-tak i jest zainteresowany czy rozmawia z nogą. Potwierdziłam. Zacharczałam. Na co komórek entuzjastycznie ćwierkocze, że ma dla mnie pracę i czy jestem zainteresowana. Ucziciwe się przyznałam, że w sumie to ponad rok już pracuję i tyleż czasu minęło od wysłania przeze mnie ostatniego maila z CV included, ale dzwonisz komórku w dobrym momencie bo się przymierzam do zmiany. No to hurra, odrzekł komórek, podał adres i nazwisko i kazał się mailowo kontaktować. I cholibka nie mam pojęcia skąd ma namiar na mnie i że akurat teraz zadzwonił? Wszechświat coś knuje, a to co wisi w powietrzu to nie są kandelabry...

Szukajcie, a znajdziecie. Albo pomyślcie.

Hasła ze statystyk:
dobre strony masturbacji
czemu nie można chodzić po lodzie

Mam nadzieję, że znaleźli odpowiedź, której szukali. Zwłaszcza w tym drugim przypadku...

środa, styczeń 25, 2006

Tak, jestem naiwna i głupia. I chora.

Wszystko zaczęło się tej rozmowy, którą prowadził Admin na moim gg.

amant (21:20)
Czesc:]
Noga (21:21)
sorry, zona jest zajeta usypianiem dzieci, cos przekazac?
amant (21:22)
dziekuje
Noga (21:22)
ale na pewno?
amant (21:22)
prosze jej przekazac ze jej kochanek czeka w domu na nia
Noga (21:23)
ktory kochanek? bo ma trzech?
amant (21:23)
a wiec nie znasz 4
Noga (21:23)
czterech czy czwartego?
amant (21:24)
czwartego
Noga (21:24)
opieprze ja ;)
amant (21:24)
prosze jej oznajmic,tylko za mocno jej nie skrzywdzic :]
Noga (21:24)
masz to jak w banku
amant (21:25)
bo to bardzo przemila i interesujaca kobieta
Noga (21:26)
ok, jestesmy zajeci, cos jeszcze przekazac?
amant (21:26)
dziekuje
amant (21:26)
do widzenia
Noga (21:27)
papa

Uznałam, że pomysł jest niczego sobie i od tamtej pory każdego nachala gadowego spławiałam tekstami w guście "nie mam czasu, muszę nakarmić trojaczki". Działało. Do czasu. W pewenym momencie zaczęli się do mnie odzywać mężczyźni niezwykle entuzjastycznie reagujący na hasła "mąż", "dzieci", "odebrać z przedszkola". Zaczynali opowiadać o swoich żonach, dzieciach (tych na miejscu i w drodze), rodzinnych wypadach na sanki i akwariach. Przyznaję, byłam zaskoczona. Ale w sumie... widać nie każdy musi być palantem zaczynającym rozmowę od "lubisz analnie?". No ale.... jak już zauważyłam jestem naiwa. Jeden z owych grzecznych mężów, ojciec jednego maleństwa i producent drugiego, właściciel akwarium i całkiem miły człowiek zaproponował mi radosny seks bez zobowiązań. Ręce opadają.

tatuś ( 13:22:47)
hmm...
Noga ( 13:31:51)
?
tatuś ( 13:32:07)
no bo milczysz..
tatuś ( 13:32:15)
nie odpisalas mi na moja ostatnia propozycje
Noga ( 13:32:24)
a jak mam niby Ci odpisać?
Noga ( 13:32:33)
wole milczeć niż rzucać mięsem
tatuś ( 13:32:40)
no moze zainteresowana jestes a moze nie...
Noga ( 13:33:15)
litosci, niby dlaczego mialbym byc?
tatuś ( 13:33:27)
tak sobie wymyslilem :P

Zasugerowałam potrenowanie myślenia i małą reinstalkę kręgosłupa. Morlanego też. Skąd w ogóle biorą się tacy ludzie? Jeśli on faktycznie kocha swoją żonę to chyba nie chce jej krzywdzić, a przecież pakowanie się w proponowany mi układ musi wcześniej czy później skończyć się katastrofą, w której najbardziej ucierpią dzieci i żona. Jeśli jednak jej nie kocha to po co z nią jest? Że niby maleństwa? Litości, gdyby mu na nich zależało to nie ryzykowałby rozwodu z ze zdradą w tle i bycia winnym wszystkiemu samcem, któremu zabiorą do nich prawa. Nie rozumiem. Niby dorosły, odpowiedzialny, ale qrwa musi myśleć główką....

wtorek, styczeń 24, 2006

Chrrrr! Ghrrrrr! Ghhhh.... Ghhhh.....

Bystra pani doktor pół wizyty poświęciła na kontemplację mojego ukochanego wisiorka i rozważania nad faktem, iż ten sam wisiorek mam na sobie dziś, tak jak miałam go w dniu gdy robiono mi zdjęcie do dowodu. I niby to nic takiego, ale jak sobie pomyślę, że mam go (wisiorek, nie dowód) od drugiej klasy liceum i faktycznie zdejmuję go bardzo rzadko to no... Widać go lubię i wcale nie jestem sentymentalna, bo on zwyczajnie dobrze mi leży w tym wgłębieniu pomiędzy obojczykami, które ponoć ma nawet swoją nazwę, i podobno pada ona w filmie "Angielskie pacjent", tyle że nigdy nie obejrzałam i chyba nie mam ochoty, bo oni tam w miłości i na wojnie... Ale o czym to ja chciałam? A, wiem... chcialam o zwolnieniu, które dostałam od owej pani dr... Już sam fakt dostania owego papierka poprawia samopoczucie. Miła jest świadomość, że na kilka dni można się będzie odciąć od tej pomyłki za oknami i oddać się kocykowi, herbatce, książkom, gazecie praca i kolejnej serii przyjaciół. Do tego pokicham, podysze, posmarkam i powydaje z sebie ten fajny kaszel, który niedługo wyrwie mi oskrzela z fundamentów, ale coś za coś, każdy kij ma coś tam, a medal dwie strony, wiadomo. Towarzystwa dotrzymuje mi wytrwale pudełko chusteczek w rybki, adminowa szarlotka i wkurw na mbank, który postanowił sobie zwiesić dziś na troszkę swój system, w związku z czym z płacenia kartą raczej niewiele wynikało. Skąd ja niby mam mieć gotówkę, hę? Do tego mama bardzo się ucieszyła z niemocy swojej pierworodnej ("Chora jesteś?! Świetnie!!!") i uznała, że skoro będę dostępna w ludzkich godzinach to mnie odwiedzi. Bez sensu, akurat teraz, gdy nie mogę się schylić by nie mieć zawrotów, będę musiała odgruzować mieszkanie. Może każę jej patrzeć w akwarium, które w ramach relaksu wypucuję? Kupiłam nawet specjalną gąbeczkę do mokrej strony... I będę się w nie patrzeć. I może wrzucę jakiś kamień... A potem nazwę je George i będę je tulić i ściskać i głaskać... i wiadmo co. I nie, nie odbija mi, to tylko gorączka, prawda??!

poniedziałek, styczeń 23, 2006

Terapia


W sobotę umyłam 16kg żwiru, Admin przygotował szafkę i odpaliliśmy akwarium. Poza kamieniami, filtrem, grzałką i wodą nic w nim nie było, a i tak siedzieliśmy i się w nie wpatrywaliśmy pół wieczoru. Gdy w niedzielę rano obudziłam się w łóżku sama, a na pytanie "Co robisz?"usłyszałam "Patrzę w akwarium" uznałam, że czas iść dalej, głupio tak w puste... Pojechaliśmy do sklepu i dzięki pomocy pana Kudłatego mamy już kilka roślinek i tło, nie mamy jednak rybek. Także dzięki Panu Kudłatemu. Akwarium dojrzewa, wiecie, rybki by nam umarły. Ale nawet bez ryb ma ono w sobie coś hipnotycznego. Przyciąga wzrok i jak już się w nie raz spojrzy to potem okazuje się, że właśnie minęła godzina.... achhhh... Zapraszam na sesje terapeutyczne ;)

piątek, styczeń 20, 2006

To nie dla mnie

Rajstopy mnóstwo den, grube skarpetki nad kolana, spodnie, troszkę za ciasny golfik, sweter taki w sam raz i ogromne puchate swetrzysko, czapka Admina i kilka metrów szalika. Kaptur, skulona sylwetka, czasem drgawki. Nożeszqrwa, jak tu być kobietą? Taką kobiecą? Toż to prawie jak w tym kawale o muzułmaninie, który bierze żonę zapakowaną jak prezent gawiazdkowy i dopiero po ślubie może się przekonać czy przypadkiem nie dostał kozy... no ale... Dlaczego nie potrafię chodzić po lodzie w szpilkach? Czemu marzną mi uda? Dlaczego moja kurtka musi być Bardzo Bardzo Ciepła i ob-szer-na (te warstwy swetrów, wiecie...)? Czemu mój nos, mimo uderzającego podobieństwa, nie jest tak uroczy jak ten u Rudolfa? Dlaczego umieram bez szalika? Kiedy będę mogła zapomnieć rękawiczek i nie będzie to groziło amputacjami? A zdjęcie jest z 7 marca 2005, mało obiecująca perspektywa, nie?
Rezygnuję z subskrybcji, wyjdę spod kocyka za 40 stopni...

środa, styczeń 18, 2006

Piszę stopami, ręce mi opadły

Sezon depresyjny w pełni. Dzień ciągle krótki, zimno, wieje, zawiewa i zamiata, przymarza, na kontach pustki poświąteczne, do wiosny daleko i nikt nie kocha, nie tuli, nie głaska. Do tego ciągle przybywa sadła, zmarszczek, blizn na sercu i samotnie spędzonych sobotnich wieczorów. Strach coś miłego komuś powiedzieć by nie wzbudzić podejrzliwości. Przecież takie słowa są albo kłamstwem albo mówią je z litości. Zażartować też nie można, bo i tak każdą wypowiedź adresat przecedzi przez sito własnych kompleksów, samotności i niepowodzeń (niepotrzebne skreślić/potrzebne pokolorować) - to nie był zwykły żart, to był żart ZE MNIE! Nikt nie może być miły, bo dlaczego miałby? To nie może być szczere, nie może być bez podtekstu, nie może być objawem sympatii... Oni chcą mnie zabić! Oni do mnie strzelają!
Ale Yossarian, oni strzelają do nas wszytskich!
Wy też widzicie absurd czy może już wzieliście to do siebie?

poniedziałek, styczeń 16, 2006

Ja i moja mikrofala

Okazało się dziś, że mam wiernego wielbiciela. Gadowego.... sesesese....

Wielbiciel
Może wreszcie umówilibyśmy się na randkę?
Ja
Nie sądzę.
Wielbiciel
Dlaczego?!
Ja
Mam kogoś i nie chadzam na dodatkowe randki.
Wielbiciel
Jak to masz kogoś? A co ze mną?!
Ja
????
Wielbiciel
Byłem pierwszy!
Ja
słucham?
Wielbiciel
To ile Ty go masz!? 5 lat!? I nic nie mówiłaś?!!!
Ja
eee?
Wielbiciel
cztery lata rwania przez sieć i nagle się przyznaje, że MA KOGOŚ!!!!

W dalszej części konwersacji dowiedziałam się, że przecież jestem przez niego regularnie nagabywana od 4 lat i to tylko mój problem, że go nie kojarzę. Wiem też już, że związki z mikrofali się nie sprawdzają i powinnam go jak najszybciej zakończyć. Nim Będzie Za Późno. Szkoda, że nauczona rewelacyjnym rozwodowym doświadczeniem rodziców uważam, że na niektóre rzeczy nigdy nie jest za późno. No nic, chwilowo pakuję się dalej w to mikrofalowe bagno dzięki czemu mam już piękną deskę w kolorze palisander by Sadolin i kawał korka 100x40x0,4. Wszytko pod akwarium.

Natomiast, jak osobą przesądną zbytnio nie jestem (czymże jest kutywacja tylko jedno z miliarda przesądów dostępnych na tym świecie?) tak doszłam do wniosku, że w piątek 13-go wszystko jednak zdarzyć się może. Otóż spotkałam się owego trzynastego ze znajomymi. M. od razu na przywitaniu rzuciła, że dziś przy wychodzeniu z pracy dostała wypowiedzenie. No nic. Pożałowaliśmy, pogłaskaliśmy, powspółczuliśmy i poszliśmy pić. Podczas radosnego opróżniania litrowych kufli zadzwoniła jedna z dwóch m'owych komórek. M. wyrwała jak z bloku stratowego tylko po to, by po 15 minutach wrócić zaryczną, że właśnie rozstała się z Nim, że przecież mieszkali razem, że w ogóle, że faceci to tacy sami, że on przecież... I w ryk wszyscy.
Kelner, jeszcze po jednym...
I tak sobie myślę, że ona nie była nigdy przesadnie wierząca, przesądna ani uduchowiona. Ale chyba powinna....

niedziela, styczeń 08, 2006

Światełko

Rok temu pisałam tak. Był to chyba jeden z pierwszych momentów gdy wydawało mi się, że jest jakby lepiej. Że zaczynam na czymś panować i że może faktycznie się udać. Teraz wiem, że były to tylko chore wyobrażenia i nic z nich nie wyszło, ale to teraz.
Wracając wtedy do domu utknęłam w korku na Marszałkowskiej. Była 20.00 i wszystko stało. Kierowca otworzył drzwi i wyszłam na środek ulicy, by podziwiać orkiestrowe Światełko do Nieba. W przypływie odwagi, wzruszenia, szaleństwa i jakiś zaburzeń na tle osobowościowym wyjęłam telefon i zaczęłam pisać Adminowi rzeczy, których nie zrozumiał. Ale odpisywał. Wyłam ze śmiechu czytając kolejne wiadomości. Przypominałam mu, że przecież obiecywał, że w tym roku będziemy razem oglądać. Że z okien, że w ogóle. Że jest podły. Tak! Zdobyłam się na to i tak mu napisałam. Dzielna byłam, nie? Tia... teraz też chce mi się śmiać...
Nie zwykłam czynić jakiś rocznych rozliczeń, postanowień czy kalkulacji. Nie z okazji świąt czy Nowego Roku. Ale dziś, gdy stałam obok Admina, a on rzucił niedbale, że jak mu zdjęcia nie wyjdą to zawsze może wrzucić któreś z zeszłego roku coś pękło. I przeliczyłam. Przemyślałam. I wynik końcowy mam zdecydowanie bardziej satysfakcjonujący niż kiedykolwiek. I światełko w tunelu też nie wydaje się już być pędzącym pociągiem...


Dziękuję Kochanie. :)

Tosia



Tosia, córeczka Leminga.

Czy po mojej śmierci...?

Istnieje pewien zestaw pytań, które czasem kobieta zadaje mężczyżnie a on, o ile instynkt samozachowawczy ma nieco bardziej rozwinięty niż lemingi, zaczyna się pocić. Nie chodzi mi tu jednak o pytania w guście "Może zaproszę teraz naszą sąsiadkę modelkę i urządzilibyśmy małą orgię?" ale o takie z cyklu "Czy uważasz, że jestem gruba?", "Czy po mojej śmierci miałbyś kogoś?", "Czy pozwoliłbyś jej używać moich kijów golfowych?" itp... Standardowe pytania pułapki, na które gorączkowa odpowiedź "Kocham Cię!" nie jest tą najlepszą... Ostatnio odkryłam kolejne Trudne Pytanie Pułapkę. Zaczęło się od tego, że znaleźliśmy z Adminem jakiś medyczny dodatek do Wyborczej. Można w nim przeczytać różne fajne rzeczy, min:
"(...) Plemnik plemnikowi nierówny: jajowata główka i długa witka - tak wygląda tylko część z nich. Inne przypominają hantle, cygaro, gruszkę... "Blokerzy" bronią wstępu plemnikom konkurenta. Są rosłej postury, mają poskręcane witki, a niektóre - niczym hydry - nie jedną, ale kilka główek. W ostateczniści do akcji przystępują "zabójcy" i likwidują plemniki innych partnerów. Są naszpikowane trucizną. Wrogów rozpoznają po składzie chemicznym powierzchni główek. Na tym nie koniec. Są jeszcze "plemniki planowania rodziny". Uaktywniają się wtedy, kiedy trzeba zniszczyć... własnych zdobywców. Bez sensu? Tylko pozornie. Gdy mężczyzna przeżywa długotrwały stres, nie powinien brać się za robienie dzieci. "Plemniki planowania rodziny" uaktywaniją się także wtedy, gdy mężczyzna podejrzewa, że jest zdradzany."
Hhhh, fascynujące, nieprawdaż? Ale to nie koniec. Dalej wyczytałam kilka rzeczy na temat badań nasienia.
"Nasienie u mężczyzny pozyskuje się za pomocą masturbacji. W ośrodkach zajmujących się jego badaniem są specjalne do tego pokoje, w których pacjent przebywa sam lub z bliską sobie osobą."
I tutaj dochodzimy do owego pytania:
"Kochanie, czy poszedłbyś sam, ze mną czy może z inną bliską ci osobą? Hmmm...?"

wtorek, styczeń 03, 2006

"Uważaj jak będziesz wstawać, tu stoi siekiera"

Według wyliczeń pokładowego komputera trasę Warszawa - Gdańsk pokonaliśmy ze średnią prędkością 48km/h. Może nie byłoby w tym nic sensacyjnego gdyby nie fakt, że prowadził Admin. Kto go zna i kiedykolwiek z nim jechał wie co mam na myśli...
Decyzja o powiataniu nowego roku nad morzem a nie pod Wrocławiem zapadła w ostatniej chwili. Coś musiało nad nami czuwać gdyż według donosów płynących z południa kraju utknelibyśmy w drodze do Wrocławia w jednym z megakorków, na zasypanej autostradzie albo w przydrożnej zaspie. A tak miałam okazję podziwiać admiński kunszt za kierownicą i to co robi on z orzeszkami. Zabiłby mnie siekierą, którą dostaliśmy od Guni, gdybym tu opisała moją teorię na temat sposobu jedzenia orzeszków, lizania palców i dojrzałości emocjonalnej mężczyzn (oczywiście dowodząc logiki powiązań pomiędzy tymi wszystkimi elementami), ale przemilczę sprawę dla dobra spójności mojej cielesnej powłoki. Przywiązałam się do niej, trzyma wszystko co moje w kupie....
No ale siekiera! Na trzonku ma wielki napis KONKUBINAT 2005 i jest piękna. Dziękujemy Guniu!
Podczas samej imprezy sylwestrowej życzyliśmy sobie wielu nowych i satysfakcjonujących fetyszy oraz rozwiązywaliśmy zagdaki. A konkretnie jedną z nich czyli kwestię tajemniczej metalowej kuleczki upuszczanej co jakiś czas przez naszych sąsiadów. Antar wyjaśnił mi, że najprawdopodobniej nasi sąsiedzi praktykują aktywną przemoc domową i zwyczajnie dają sobie z pięści w twarz. A ponieważ jeden z nich ma sztuczne oko (nie mam pojęcia który wywiad pracuje dla Antara ale musi być świetny) to właśnie ono co i rusz mu wypada i turla się, wydając owe irytujące dźwięki. Proste i oczywiste, nie?
Impreza była nadzwyczaj udana. Jedyne co z Gunią nam nie wyszło to spożycie alkoholu. Z 1,5 litra kaktusowego bimbru, który zabrałam ze sobą dziabnęłyśmy po jednym kieliszku w sylwestra i kilka wieczór wcześniej. Starość i wątroba nie teges. Będę zmuszona urządzić libację. Hhhhh....