sobota, październik 17, 2009
poniedziałek, październik 12, 2009
Aghr.
(co w kontekście obrośniętego mchem leniwca, którego pielęgnuję wewnątrz siebie, i niektórych moich dziwnie debilnych zachowań może brzmieć cokolwiek niewiarygodnie, ale cóż. To tylko tak brzmi.)
Oraz (ha!) właśnie odkryłam kolejną rzecz, którą naprawdę lubię robić. Wybierać (i kupować) krawaty. Mrau.
Cała ta notka jest lekko bez sensu. Wiem.
piątek, październik 09, 2009
Z gada.
5964572
14:43:38
czesc
lubisz seks??
motylanoga
14:59:41
oczywiście
15964572
14:59:52
a probowalas wszystkiego juz?
15:01:09
jestes?
motylanoga
15:01:10
aha, najfajniej było gdy okazało się, że jednak jestem flatufilką
15964572
15:01:24
nie wiem co to znaczy
motylanoga
15:01:32
oj, musisz tego spróbować!
15:01:40
jest fantastycznie
15:01:58
wpierw romantyczna kolacja z fasolką i kapustką, a potem cała noc rozkoszy!
15:02:32
i nie wiesz co to jest flatufilia?
15964572
15:02:42
wiem
15:02:44
mam google
15:02:46
fujjjjjjjjjj
15:02:48
pa
motylanoga
15:03:11
nietolerancyjny buc!
15:03:14
pa.
wtorek, październik 06, 2009
Kolejna glemboka lefleksja
A tak poza tym to ostatnio rozwaliłam sobie znowu kolano, kostkę, nadal pluję płucami, oskalpowałam sobie palec i ogłuchłam na jedno ucho. Nie pytajcie...
czwartek, październik 01, 2009
COŚ strasznego z poprzedniej notki...
Wszystko zaczęło się w sobotę gdy poszliśmy na tatara. Niezastąpiona Izabela postawiła nam na dzień dobry na stole talerzyk z ogórkami i kiszoną kapustą. Nie dała do tego talerzyków, ani widelców, ale co tam. Kaen wyjadał kapustę palcami. Potem była wódka, awaria i takie tam. A potem była niedziela rano, kiedy to kaen wstał i zniknął. Wrócił po jakimś czasie ze wizją śniadania, którą udało mu się nawet zrealizować. Poza pyszną jajecznicą chciał nam zaserwować worek kapusty. Kiszonej. Dziwnym trafem nie mieliśmy na nią ochoty. Wprawdzie zjedliśmy jajecznicę pod szampana, ale ta kapusta jednak... nie. Nie był to po prostu ten smak. Gdy przyszedł czas na wyjście posiedzieliśmy jeszcze chwilę, tylko po to by później móc się spieszyć. Joker obdarował nas jakąś okrutną ilością piw, kaenowi chciał wcisnąć chleb, a każdemu usiłował podarować kapustę. Ja nie chciałam, Meg ani kaen też nie... W zamieszaniu ktoś położył worek na komodzie. Naprawdę nie wiem co mnie tknęło, ale zbierając z niej swoje rzeczy po prostu otworzyłam szufladę i zgarnęłam do niej kapustę. Taki dziwny odruch mam, czy coś. Widziała to Meg, widział kaen. Nie wiem jakim cudem Joker tego nie zauważył. Z mieszkania wyszliśmy z kamiennymi twarzami, ze śmiechu popłakaliśmy się dopiero w windzie. Chcieliśmy następnego dnia wysłać do pracy Jokera anonima (takiego rasowego, z wyrywanymi literkami z gazet) z tekstem "Górna szuflada pod lustrem", ale jakimś cudem Joker natrafił na kapustę sam. Miał szczęście. ;)
niedziela, wrzesień 27, 2009
American dream, czyli kolejna hermetyczna relacja, którą liczę, że przeczytam za kilka lat i się wzruszę

Fotografie pochodzą z mojego ukochanego kalendarza Lavazzy. Reszta wystawy jakoś nie utkwiła mi w pamięci...A teraz te konsekwencje...
W drodze powrotnej z muzeum dostałam gorączki. Zawrotów głowy i takich tam. Nie to, że to muzeum tak na mnie podziałało, chora już do Krakowa przyjechałam i byłam pogodzona z faktem, że czuję się jak szmata i będę się tak czuła jeszcze kilka dni. Łaziłyśmy zatem po sklepach, a ja wybrzydzałam w potencjalnych knajpach gdzie mogłabym w końcu usiąść i popić procha. Kolejnego tego dnia. Tak, to był weekend pod znakiem ćpania, kaszlenia, rzężenia i wydawania różnych ciekawych dźwięków. Gdy zjadłyśmy obrzydliwe sałatki, a ja popiłam leki piwem odbiło mi trochę i zaczęłam domagać się Kefirków. Nie, nie chodzi o produkt spożywczy. To taki kryptonim. Dlaczego całej akcji nadałyśmy kryptonim? Nie wiem. Zapewne dlatego, że mogłyśmy, no i tak niepomiernie nas to bawiło... Po kefirkowej akcji rozpoczęła się impreza na dobre. Było Re, potem koko (pamiętam nazwę tylko dlatego, że ciągle wydaje mi się, że to było go-go, ale wiem, że nie mogło być) i bardzo fajna piwnica. To jednak jest coś cudownego, gdy idzie się do czegoś co jest skrzyżowaniem baru mlecznego z czymś lepszym, kupuje się pieczeń i zupę, a ponieważ nie ma miejsc schodzi się z tym jedzeniem do piwnicy knajpy obok, gdzie w jakiś magiczny sposób na stole pojawiają się wiśniówki. I kolejne. I jeszcze jedne.
Gdy już udało nam się wrócić do domu popłakałam się ze śmiechu czytając opakowanie proszku do prania. "Majonez do koktajli" forever! Śliwowicy nie tknęłam, prawie. Za trzeźwa byłam. Stety.
Sobota była dla mnie ciężka. Moje gardło się lekko rozstroiło, a prochy zaczeły działać na dobre dopiero około 19, kiedy to udało nam się odnaleźć kaena i nie narobić mu jednakowoż obciachu przy znajomych. Byliśmy mili i prawie taktowni. I zapragnęliśmy tatara. "Dzień dobry, nazywam się Izabela i będę dziś państwa obsługiwać" zaparło nam dech w piersiach. Ale warto było. Tatar, będący przystawką, nakarmił nas na całą noc, cytrynówka była dobra i dowiedziałam się jak się zabija sadowników. Po tatarze była wódka za 4zł, kreska z cukru, awanturka (makrela, serek i pomidory) i pogłębiające się uczucie, że jestem tam gdzie być powinnam. A potem był Stary Port z wybuchającym piwem i pieczonym indykiem będącym pęcherzem pławnym. And last, but not least! AWARIA. I jej szóste urodziny. OMG. …enough is never enough… Wymiękłam o 3. Brak telnu w atmoseferze wyjatkowo mi doskwierał, więc porzuciliśmy z kaenem Meg i Joka na pastwę baru i wróciliśmy. Co Meg z Jokerem robili ciężko powiedzieć, nie byli zbyt wylewni rano, gdy już skoro świt o 7 udało im się wrócić. A nie wychodzili ostatni z knajpy... Fakt, że Joker rozerwał w jakiś sposób swój skórzany pasek od spodni jest tylko jedną z ciekawych poszlak, jednych z gatunku tych, które wieszają nieme pytanie w powietrzu i nigdy nie otrzymuje się na nie wyczerpującej odpowiedzi. Liczymy, że on po prostu mocniej odetchnął.
Dziś rano wypiliśmy szampana (nie pytajcie), zrobiliśmy coś strasznego (nie pytajcie) i w bólach wróciliśmy do domu. Bez sensu.
Jak zawsze mam poczucie niedosytu, tęsknię, i wpadam w małą paniczkę - co ja zrobię z kolejnym weekendem? Wychodzi mi, że nigdzie nie jadę?
#stado uzależnia.
wtorek, wrzesień 15, 2009
Ja naprawdę nic nie biorę!
Muszę się pozbyć poczucia tymczasowości. Moje życie to zawsze były jakieś etapy, który kiedyś tam miały się skończyć. Czasem miało to sens, zwykle żadnego, ale jakoś tam działało. Złapałam się na tym, że delektując się jednym z barwniejszych okresów mojego życia gdzieś tam podświadomie czekam aż znowu będzie normalnie. Głupie to, bo to normalnie jest gorsze. Nudniejsze. Ustaliłam więc coś sama ze sobą - nienormalnie będzie już zawsze. O. Muszę tylko się pilnować, a powinno się udać. Okrutnie warte to jest zachodu w każdym razie. Poza tym Meg znowu zmieniła moje życie. Znowu na lepsze. Jedna prawda objawiona przy kawie, na kacu i nagle wszystko robi się TAKIE proste i TAKIE oczywiste, że aż dziw mnie bierze, że sama na to nie wpadłam. Guniu, serio, uratowałaś mnie w pewnym pokręconym sensie. W końcu to Ty też mi (i sobie?) uświadomiłaś, że przecież należy nam się wszystko. Naprawdę, nie znajduję żadnego powodu dlaczego miałoby nie...
Idę więc cieszyć się sznurkiem :)
poniedziałek, wrzesień 07, 2009
Violetta. Przez fał i dwa te.
Fantastyczna impreza, nie ma co. Stado jak zawsze nie zwiodło, a nawet momentami przerosło najśmielsze oczekiwania. Sama siebie też przerosłam, zwłaszcza gdy okazało się, że podczas nocnego spaceru udało mi się rozwalić sobie nogę do krwi i nawet tego nie zauważyć. Co ciekawe uczyniłam sobie to trampuniami ukochanymi, a nie tymi zadziwiająco wysokimi szpilkami jakie wręczyła mi Marta, i w których jakimś cudem udało mi się nie złamać sobie nic. Wytańczona i wykończona umarłam wczoraj i odsypiałam. 12h. Zadziwiające jak takie wyczerpanie potrafi naładować baterie. Te psychiczne zwłaszcza.
Z żalem wyrzuciłam różowe legginsy, które mocno ucierpiały od mercedesa (z którego odpadł jeden svarowski! Bu!). Z równym bólem schowałam jebutnie różowe kolczyki, których zapewne więcej nie będę miała fantazji założyć. Dobrze chociaż, że z koszulki mogę odzyskać czarny topik. I uszka, też sobie jeszcze poużywam, świetnie się w nich myje zęby.
Dla niezorientowanych: impreza odbyła się pod hasłem DresParty. Byliśmy Krysiami i Misiami (najtwardszymi na dzielni!). Tańczyliśmy do "Romantycznych Hitów Dance" i byliśmy tandetni do granic. Nie było dla nas świętości, gust i smak zostały na te kilkanaście godzin wykluczone z użytku.
I doprawdy, czyżby ktoś przed imprezą się zapierał, że jest z frakcji, która nie tańczy? Hhh...
A tu małe foto poglądowe zrobione przez Foo:

czwartek, wrzesień 03, 2009
Nie żałuję...
Ciężko się z Meg nie zgodzić. Za mną dwa weekendy w górach, bo jak wiadomo żadna impreza nie jest za daleko, więc zupełnie normalną rzeczą wydało mi się, że pojadę sobie w piątek do Małego Cichego, wrócę w niedzielę i powegetuję do kolejnego piątku tylko po to by znów zmierzyć się z kilometrami. Ale przecież warto było! Zawsze jest warto. Bo nie ważne gdzie, ważne z kim. Chociaż 'gdzie' w kontekście Małego Cichego jednak robi różnicę, bo tam faktycznie jest jakoś tak przejrzyściej i soczyściej.
I tak dla pamięci chciałam sobie zapisać:
- co by było gdyby kobiety umiały ruszać wargami sromowymi? (i tu wizja tancerki flamenco, która już nie musi trzymać w dłoniach kastanietów i może nosić 5l kufle piwa)
- gołąb na łóżku, który był tak głupi, że aż chciał się z nami zaprzyjaźnić
- nocne spławianie piwa do morza, które było o tyle nieoczekiwane co zabawne
- jezus wychodzący z namiotu. Następnym razem bierzemy kawałek brezentu...
- spacer i gwiazdy i droga mleczna i ciemne krzaki, w których można robić siku
- Le Chalet z Santa Croche (?) i bajeczne eskalopki... mrrr
Cudowny to był Rybik, mimo iż w moim wykonaniu taki okazjonalny.
Napawam się tym wszystkim i tylko czasem mam wrażenie, że to ktoś mi codziennie dosypuje przyjazne tebleteczki do herbaty.
niedziela, sierpień 16, 2009
#degeneratki
Poproszę taki weekend jeszcze dwa razy, na wynos. I jeden na miejscu.
środa, sierpień 12, 2009
spadające perseidy
Ech.
Przez tą krótką chwilę zobaczyłam dziś trzy. Życzeń miałam tylko na dwie.
Jedno zostawię sobie na czarną godzinę.
wtorek, sierpień 11, 2009
Bo to takie proste jednak jest.
I tak, jestem naiwną blondynką, i jest mi z tym zajebiście.
poniedziałek, sierpień 10, 2009
bo ja jestem taka dziwna...
- Noga, jak Ty się tu czujesz?
- Ych?
- No jak się tu odnajdujesz?
- Eee, ale o co pytasz?
- No jak się czujesz, Ty jedna i sami faceci...?
Przepraszam, ale jak niby miałabym się czuć? Miś, który bardzo nie lubi jak się tak o nim mówi, powiedziała kiedyś coś bardzo mądrego: co jest fajnego w pójściu na imprezę, na której jesteś Ty jedna i dwudziestu facetów? ... Pójście na imprezę, na której jesteś Ty jedna i dwudziestu facetów. Więc jakby to jaśniej...
- Świetnie się czuję, czemu miałabym inaczej?
- No bo Ty jedna i sami faceci...?
On ma chyba jakiś problem...
- Ale o co chodzi? Jesteście fajni, więc nie wiem w czym miałabym mieć problem?
- No bo jesteś kobietą, wiesz, zwykle na imprezach zbijacie się w stadka.
Cóż, nigdy nie uważałam, że kobiety są najbardziej rozgarniętymi ze stworzeń...
- Ale czemu miałabym coś takiego robić? Zwłaszcza, że nie bardzo miałabym się z kim w te stadko zbijać, nawet jakbym chciała. Znam Was, lubię, fajni jesteście. O co Ci chodzi tak właściwie?
- Nietypowa jesteś.
- Ja nietypowa? To Ty jakieś dziwne kobiety znasz...
- No właśnie o tym mówię!
Eee... taaaak...? Lekarz kazał przytakiwać. Po dłuższej indagacji dowiedziałam się, że jestem 'nietypowa' bo umiem rozmawiać z mężczyznami jak równy z równym. Po tym jak już przestałam się rechotać (bo podobnej bzdury dawno nie słyszłam) rzuciłam w eter kolejną herezję "bo kobiety gadaj o bzdurach, z nimi to dopiero problem prowadzić nijaki small talk!". Panowie spojrzeli na mnie jak na kosmitkę i niepewnie przyznali mi rację.
I wtedy zrozumiałam jedną rzecz. Oni naprawdę mają przechlapane w życiu jeśli są hetero...
piątek, sierpień 07, 2009
Każdy Rok Mintaja ma dwie strony
Spotkałam się wczoraj z dawno niewidzianą przyjaciółką. Na spotkanie szłam z uśmiechem od ucha do ucha nie mogąc się doczekać opowiedzenia jej o tych wszystkich wyjazdach, zmianach i pomysłach, które ostatnio nadają ton mojemu życiu, niestety okazało się, że natura nie lubi próżni, i ktoś musi kaca mieć, aby pić mógł ktoś.
I tak… G. została zwolniona z pracy, niesprawiedliwie i chamsko. A. okazała się być wredną wydrą po wielokroć i narobiła ‘koleżankom’ tak koło dupy, że aż. Mąż J. ma białaczkę, co oczywiście jest złem wcielonym, bo jest to para najlepszych ludzi jakich znam, i ostatnią rzeczą na jaką sobie zasłużyli to przewlekła, ciężka choroba. Dzięki bogom mają dawcę... Mąż R. okazał się być jednak takim skurwysynem, jakim spodziewałyśmy się, że będzie, na razie uderzył ją tylko raz, i wszyscy (poza samą R.) wiedzą, że to dopiero rozbiegówka. Do tego okazało się, że R. nie ma pewnego ważnego narządu i nie może zajść w ciążę, co oczywiście jest dramatem, ale może w kontekście jej męża-skurwysyna chwilowo wyjdzie jej na dobre. Ostatnią rzeczą jakiej jej teraz potrzeba to dziecko. And last, but not least: K. zawsze miała świetne relacje ze swoim ojczymem, którego nazywa oschle „mężem swojej matki” od czasu gdy odkryła, że zainstalował ukrytą kamerę w łazience. Tak, jej ojczym, z którym mieszkała od 20 lat chciał ją podglądać w łazience. Kamerę na szczęście znalazła następnego dnia po jej zainstalowaniu (cóż, zbyt bystry, w przeciwieństwie do niej, to on jednak nie jest), potem była policja, oskarżenia, koszmary senne, depresja, trauma… I reakcja mamy: „Ale córeczko, przecież ostatecznie to nic się nie stało, nie wyolbrzymiaj sprawy.”
D.K.J.P.
poniedziałek, sierpień 03, 2009
i znów. Weekend idealny.
Następnego dnia było to cudowne wyjście na fajka z dziewczynami na taras. Piwo w ręku, słoneczko, widmo gołębi... I Poważne Rozmowy. W ich kontekście szczególnie ciekawie w życiorys wpisuje mi się nocny powrót do domu. Poważne Rozmowy dotyczyły bowiem wiary, ślubów kościelnych, chrztów i takich tam. Wieczorem natomiast spotkałam w pociągu do domu Olę, jej przyjaciółkę, a nas spotkał jakiś stary znajomy Oli. Grzecznie się nam przedstawił, zapytał czy nie będzie nam przeszkadzać, że porozmawia z Olą, w końcu tyle lat się nie widzieli. Ostatecznie siedzieliśmy we czwórkę rozmawiając o jakiś idiotyzmach. Do czasu. Aż. Kolega. Oli. Nie. Powiedział. "Olu, to była bardzo dobra decyzja, że nie dałaś mi swojego maila, a tylko wzięłaś mój, szanuję ją." Trochę jakby nie zrozumiałam o co mu chodzi. Okazało się, że Ola postąpiła słusznie ponieważ ma męża, a on (kolega) nie ma żony, więc Ola nie powinna mu dawać żadnych namiarów na siebie, bo jej mąż może mieć coś przeciwko (buhaha, że tak powiem.). Tak. Trochę nie za bardzo wiedziałam co powiedzieć w obliczu takiego idiotyzmu. Kolega jednak dopiero się rozkręcał. "W małżeństwie nie ma się tylko swoich znajomych, są wspólni znajomi. Mąż Oli może sobie nie życzyć by się kontaktowała z samotnym mężczyzną." Nic nie odpowiedziałam, zajęłam się chichotem. A trzeba było wtedy zainterweniować. Może gdybym mu w porę przerwała nie dowiedziałabym się, że: "Tak uważa ksiądz jakiśtam." Znowu się zapowietrzyłam, udało mi się tylko rzucić: "A co ksiądz może wiedzieć o małżeństwie?". "Wiedzę czerpie z doświadczenia spowiedzi." - chyba znowu musiałam przewrócić oczami, bo Kolega dodał - "Ja jestem z tych wierzących, on jest dla mnie autorytetem." Potem już było tylko gorzej. Ze trzy razy powtórzył głośno i wyraźnie, że JEST SAMOTNY, i że "spotkamy się na necie." Ajajajaj... Coś czuję, że nic z tego nie będzie...
I żeby nie było wątpliwości: bardzo szanuję osoby wierzące, te które faktycznie umieją żyć zgodnie z zasadami jakie narzuca im wiara. Niestety mam zdecydowanie odmienne zdanie o ludziach, u których idzie to w pokraczną i pełną hipokryzji groteskę...