poniedziałek, styczeń 30, 2012

Końcu świata, chociaż ty się postaraj!

W tym całym 2011 najlepsze jest to, że się wreszcie skończył. Muszę przyznać, że na skali złych lat jest wysoko w czołówce. Chwilowo nie mogę zdecydować się, czy przegania momenty depresyjne, bo tak jakby miałam czas na przemyślenie pewnych spraw i odrobinę lepiej radzę sobie z życiem niż wtedy, ale nawet jeśli nie było aż tak źle, to naprawdę blisko. Praca, mieszkanie, potem ten cholerny mnich w Tajlandii... Tak, byłam w Tajlandii. Byłam też w Malezji i Singapurze. I w Kijowie, ale to akurat bardzo chciałabym wyprzeć. Wyjazd był rewelacyjny, takie przecież były założenia, ale niestety nie równoważy tych wszystkich innych rzeczy... W dniu mojego powrotu umarł Potwór. I nie umiem być twarda, będę z tego powodu ryczeć. Pewnie też dlatego, że niecałe dwa miesiące później umarła mi na rękach - dosłownie - Zuzanna. I mam gdzieś, nie umiem sobie przetłumaczyć, że to TYLKO kotki. To były moje kotki i byłam za nie odpowiedzialna. Więc nie umiem nie chlipać. Do tego praca daje mi popalić i przysparza o zmartwienie, które promieniuje mi na plany na najbliższe kilka miesięcy. Niby staram się nie martwić za bardzo, bo już dawno bym oszalała, załamała albo zapiła, ale mimo wszystko ten wiecznie wiszący mi za głową cień ciąży. Żeby tego było mało pozwoliłam sobie dać się rozszarpać od środka i trochę nie wiem jak sobie z tym poradzić, bo akurat najprostsze rozwiązanie jest wyjątkowo złym.
Więc słabo.

A pomysł na 2012? Przetrwać jakoś luty. W marcu praca MUSI się ogarnąć. Na początku kwietnia - wielkanoc, czyli wiadomo, że W Radości i z Bliskimi. Potem długi weekend w NY. O ile praca pozwoli... Potem czerwiec i belle. Z Meg już wiemy, co będziemy jadły i że w środę będę musiała wstać chwilę po 5 rano. Potem lipiec i tradycyjnie Gdynia. Z openerem lub bez. Wszystko jedno właściwie. Reszta lata jest chwilowo zagadką... Ale może to będzie ten czas, gdy będę malować ściany, robić półki, Meg mi kupi AGD i obrus i rozdam komplety kluczy po całym kraju? Albo będę zupełnie gdzie indziej... Cholera wie. Koniec świata był obiecywany, nie? Nie ukrywam, że w sumie to...

I dziękuję blogusiu, że dzielnie przyjmujesz te smędzenie. Czasem muszę, mimo iż to takie nieproduktywne.
 

piątek, wrzesień 30, 2011

Wróżka to była Jeżynka.

I tak mi trochę dziwnie, gdy sobie przypomnę rozmowy w Pingwinie z M., że skoro obecny rok przeorał mi życie zawodowe, a chwilę potem mieszkaniowe, to jeszcze tylko brakuje do kompletu dramatu emocjonalnego i będzie poker w kolorze. Oczywiście tradycja rzecz święta - co jesień moje emocje były przecież wystawiane na ciężką próbę, i co jesień słabo na tym wychodziły...
Zatem żartowałyśmy sobie, potem napisałam poprzednią notkę, a cztery dni później sami domyślcie się co.
No więc tak to. Wpadłam jak śliwka w kompot i pławię się w tej lepkiej słodyczy, i taplam, i pluskam. I fajnie jest. Tak jak nigdy nie było.

wtorek, sierpień 23, 2011

Strasznie życiowy ten rok Gustawa

Drogi 2011. Ugryź się w rzyć i kończ się migusiem.
Z poważaniem...

Bo było tak...
Wpierw musiałam ogarnąć dramacik ze zmianą pracy. Jak tylko mi się to udało, a odgłos przemarszu wojsk ucichł w oddali, spadła na mnie ta druga klątwa. Przybrała postać maila "nie wynajmuję Ci dłużej mojego mieszkania". Agghhrrr... Spakowałam więc worki, koszyki, torby i kartony, wywiozłam na wieś i oto jestem. Znowu u rodziny, na odludziu, z wizją kupowania mieszkania. Jak się uda, to najchętniej jeszcze w tym roku. Na Pradze. I może nawet bez boazerii w łazience?
I zasadniczo to trochę śmiać mi się chce, bo powinnam jeszcze w tym roku tradycyjnie kiepsko się zakochać i będzie komplet. Nie to żebym miała w kim, ale dajcie mi chwilę... (a jak sama nie znajdą to los nade mną czuwa, pomoże.)

poniedziałek, czerwiec 06, 2011

Tym razem chciałam życiowo. O przyjaźni.

Ponieważ bifurkacja mojej życiowej bifurkacji poszła nadzwyczaj dobrze, trafiła mi się naprawdę fajna przyjaźń. Taka, co to zmienia życie na lepsze i przynosi same profity. A fakt posiadania na tym świecie osoby, która zawsze pcha do przodu, krytykuje z sensem i rozbawia do łez, jest wart wiele. Nie do opisania wiele..
Tyle, że ja nie do końca o tym chciałam, bo chodzi mi o to, że tak właściwie nie wiem czemu się przyjaźnimy. I nie tylko ja nie wiem, już kilka osób pytało ją o to (mnie jakoś nikt nigdy się nie odważył...). Bo tak właściwie to niewiele nas łączy. Wszystkie typowo 'kumpelskie' rzeczy lubimy inne. Nie za bardzo pójdziemy razem do kina, na koncert też niekoniecznie, inne książki wybierzemy w księgarni, inne zapachy w perfumerii i (na szczęście!) obrócimy się za innymi facetami na ulicy. Nawet ubieramy się inaczej, co jednak zupełnie nie przeszkadza nam kupować identycznych ciuchów. Inaczej widzimy świat, chociaż interpretujemy go tak samo. Inaczej myślimy i inaczej czujemy. A jedyne co naprawdę mamy wspólne to poczucie humoru, miłość do mięsa, słońca i truskawek. I wszystkie te rozważania dotarły do mnie któregoś dnia dość nagle i niespodziewanie, a jak już wszystko to przetrawiłam, zadzwoniłam oczywiście do Meg, aby dowiedzieć się o co mi właściwie chodzi. Konkluzja była błyskawiczna i frapująca: nie przyjaźnimy się dlatego, że coś nas łączy (chociaż wydaje mi się, że to poczucie humoru jest jednak istotne). Przyjaźnimy się ponieważ nic nas dzieli. Nie irytujemy się wzajemnie. I to starcza. :)

Zatem: Guniu, cheers! Oby razem dożyć tych kałachów ze swarowskim. :)

czwartek, maj 26, 2011

DKJP!

SZEŚĆ LAT?!?!?! Sześć lat mam tego blogusia?! Dkjp. Ja wszystko rozumiem, nie młodniejemy i tak dalej, ALE! 
No i muszę tu wrócić. Czytanie własnych zapisków sprzed tylu lat napawa mnie cholerną dumą z samej siebie. Kawał niezłej roboty, droga Kasiu, możesz się nagrodzić.

(a w ogóle to od czasu napisania poprzedniej notki trochę mi się pozmieniało. Mianowicie mam drugą nową pracę i trochę mi to oczywiście miesza w życiu i łaskocze w kręgosłup moralny. Ale rozmowa była fajna, jeszcze nigdy nie wyszłam z interview z nową pracą ot tak.)

Jest maj, pogoda prześliczna...

Ponieważ znowu nie było mnie tu ho-ho i jeszcze troszeczkę, a Borsuk co pół roku szturcha mnie w komentarzach z pytaniem czy żyję, chciałam rozwiać wszelkie wątpliwości (i nadzieje): tak! ŻYJĘ. Jeśli zaś chodzi o ocenę tego jak żyję, to... 
Wiecie, bywało lepiej. Lepiej było na przykład w lutym, gdy pojechałam do Sri Lanki. Jak widać na zdjęciach, było super. Głównie ze względu na klimat (pierwszego dnia po przylocie chciałam w pokoju hotelowym ustawić klimatyzację 'tak troszeczkę', aby nie przerobiła nam pokoju na chłodnię z łóżkami, ale żeby jednak odcedziła trochę wody z powietrza. Wyobraźcie sobie radość jaka mnie przepełniła, gdy bodajże 25 lutego, temperaturą na klimatyzatorze, która spełniała oba powyższe warunki, było 28 stopni.) Poza tym ludzie. Tam wszyscy się do siebie uśmiechają. A nawet jeśli nie do siebie, to przynajmniej do mnie uśmiechali się często i chętnie. Nie wyobrażacie sobie jak ponurzy i nieprzystępni są ludzie w Polsce! Nawet ci młodzi i wyluzowani wymiękają w porównaniu z byle kim stamtąd. Gdy wracaliśmy złapałam się na tym, że na lotnisku w Dubaju odruchowo uśmiechnęłam się do mijających mnie dwóch pracowników lotniska. Wystawcie sobie moje zdumienie, gdy zamiast się oduśmiechnąć, spojrzeli na mnie jak na wariatkę, potencjalnie niebezpieczną. Przykre to było. Serio.
No ale to był luty. W międzyczasie zrobiłam imprezę z ostrzeniem noży i nauką chemii do rana. I budowaniem jedzanki (taka odmiana glinianki, ale wtedy, gdy się nie ma gliny, a ma się jedzenie). Potem była naprawdę fajna wielkanoc, kiedy to przyjechała do mnie Meg i tradycyjnie już spędziłyśmy święta w radości i z bliskimi. Robienie o 4 rano tortu, z którego alkohol wylewał się każdą dziurą, będę wspominać i wspominać i wspominać... Smaczny wyszedł, bardzo. :)
I ogólnie to jest mi wesoło i radośnie, poza faktem, że jakoś tak przy początku kwietnia dowiedziałam się, że pani prezes postanowiła na moje miejsce zatrudnić inną osobą. Właśnie zaczęłam nową pracę. Niewątpliwie ma swoje zalety, ale ma też masę wad, a całe zamieszanie ze zmianą wygenerowało u mnie gigantyczną dziurę finansową, która (jak odkryłam z niemałym zdumieniem) strasznie mnie stresuje. Ale jak to mawiają mądrzy ludzie - przecież nie położę się i nie zacznę płakać, muszę coś z tym zrobić, nie? W ogóle całe to zamieszanie z pracą spowodowało u mnie gwałtowną falę refleksji. Takich wiecie, o życiu, jego sensie i tak dalej. I wyszło mi, że wcale nie jestem ambitna, a najlepiej czuję się w trampkach i bawełnianej koszulce. Dlatego czas zabrać się za siebie i wyjechać gdzieś. Oczywiście jak tylko pogodzę się z myślą opuszczenia pewnych ludzi, których bardzo by mi brakowało, mimo iż teraz też ich nie widuję codziennie, bo los to podła maupa i najbliższe mi osoby rozrzucił po kraju przynajmniej o 250km ode mnie. 
No, a poza tym to prawie codziennie przejeżdżam tramwajem obok bloku, w którym w jednym z okien ktoś ma wywieszone kilkanaście zdjęć rentgenowskich, a w kolejnym oknie wisi fotka płuc. I tak się zastanawiam, czy jeśli doliczę się, które to mieszkanie i zadzwonię domofonem z pytaniem WTF?!?!, to odpowiedzą czy od razu wezwą policję?

czwartek, grudzień 02, 2010

Ekhem. Tak jakoś wyszło...

No trochę mnie tu nie było. Zupełnie nie wiem dlaczego, przecież tyle rzeczy się działo. Może dlatego, że wszelkie dramaty przelewają się same w tekst, a jak jest dobrze, to nie ma się czasu na pisanie. Życie wciąga.
I wciągnęło!
Była wielkanoc. Potem jakiś tam maj, na koniec którego wylądowałyśmy babską ekipą w Dużych Włoskach. Na całe trzy dni. Pomysł na wyjazd wziął się z tego, że Meg przyjeżdżała do mnie na koncert ACDC, i miałyśmy do dyspozycji pełne trzy doby. Piątek. Sobota. Niedziela.
- Nie chcę marnować 2 dni urlopu, aby tylko do Wawy pojechać. Pojedźmy gdzieś dalej.
- Do Krakowa?
- Do Opla?
- A co się będziemy ograniczać, polećmy gdzieś!
I tak znalazłyśmy lot do Bergamo za 160zł w obie strony. Wynajęłyśmy samochód i poleciałyśmy. Był kościół z krokodylem, Włosi, którzy usiłowali nas upić, dużo jazdy BMW, Kościello Grande Katedralle, masa małych, kamiennych miasteczek nad brzegiem jeziora, które wyglądało jak rasowy Fiord i oczywiście jadło nam z ręki, było kino z włoskim dubbingiem, impreza na parkingu przy lotnisku i mój spektakularny wkurw, podczas którego rzuciłam w Meg mapą. Bywa.
Potem był upał. Och, jaki piękny był upał tego roku! Były imprezy, był śmiech, było cudownie.
Była też jesień, która już tradycyjnie, jest u mnie porą pełną uniesień. Tegoroczne uniesienie miało hipnotyzujący mnie tatuaż i umiało zabawić tak, że nie wiedziałam kiedy mijało 6 godzin. Niestety uniesienie okazało się (jak zwykle zresztą...) nie wiedzieć czego chce, nie potrafiło mi tego wprost powiedzieć i zasadniczo to pozostawiło po sobie delikatną woń mydlioka. Do tego dość nieudolnego, co wkurza mnie niepomiernie. (nie to co dobre, rzetelne i dopracowane kłamstwo. Takie, które nigdy nie wypływa. To jest coś. Do tego potrzeba umiejętności. To mogę szanować. Ale szczeniackie niedopowiedzenia, lub tandetne bajeczki wpychane pomiędzy słodkie słówka - do pewnego momentu bawi mnie ta naiwność, później już tylko wkurwia.)
No i był Hong-Kong. Pełne 13 noclegów w najwspanialszym mieście w jakim kiedykolwiek byłam. Tego nie da się opisać. To trzeba zobaczyć. Spróbować. Pomacać. Żyjemy w trzecim świecie, moi drodzy. Cała ta nasza Europa to Trzeci Świat. Jesteśmy bezmyślnym, wulgarnym, brudnym, niekulturalnym i głupim światem. Mogłabym tu dużo pisać o tym wyjeździe. I chyba to zrobię. W kolejnej notce. Może nawet w tym roku?

poniedziałek, kwiecień 05, 2010

Piesek. Kotek. ET. (ET?!)

Jejku jej, jakie to były udane święta! Wprawdzie czuję się jak po belle, ale przecież spędziłam ten czas tak, jak należało. W radości i z bliskimi.
Zaczęło się od czwartkowego ukulturalniania. Meg uznała bowiem, że nie znam życia, bo nie służyłam w marynarce (czy garsonce?) i nie byłam na koncercie w kościele. A że akurat Misteria Paschalne i w kościele i z doskonałymi wykonawcami...? Przyznam, że wyszłam zachwycona. Była to jedna z tych niewielu rzeczy, o których nie można powiedzieć, że były fajne. A na pewno nie że zajebiste. To było piękne. Po prostu i w pełni tego słowa znaczeniu piękne. Oczywiście, ukulturalnianie ukulturalnianiem, ale ta cała wiśniówka Krakowa sama się nie wypije...
W piątek Joker pojechał do rodziny, do nas dołączył Kaen i bierki. Bierki drinking game. I te cholerne drinki z mizerią... I Dulbeb i znowu Awaria. W końcu to Kraków, trzeba.
W sobotę, zgodnie z tradycją, upakowałyśmy z Meg prowiant w torbę (koszyczka niet) i poszłyśmy między ludzi, do Warszawy konkretnie. Wieczorem dojechała do nas Megowa plusjedynka, dostała kwiaty (dziewicy na centralnym nie znalazłyśmy), a w niedzielę dołączyli Marta i Harry. I wiecie co... było obłędnie cudownie. Wesoło. Radośnie. Absurdalnie. Letnio. Słonecznie. I z mizerią.


niedziela, marzec 21, 2010

torebka

Rano (o 12.00...) zadzwoniła mama z fochem, że zabrałam jej torebkę. Zabrałam ją zeszłej wiosny, więc rychło w czas przyszło oburzenie, no ale. A przed chwilą dostałam smsa:
Mama: "Kupiłam ładniejszą fioletową"
Ja: "Super. Zrób jej zdjęcie i mi wyślij."
Mama: "Jest"
Mama: "Jest w bagażniku"

No tak...


czwartek, marzec 18, 2010

Little Green Bag

Oj, jak bardzo chciałabym jakąś mieć. Niestety dotychczas żadna do mnie nie przemówiła. Może w następnym życiu...
Tytuł zaczerpnęłam z soundtracku reservoir dogs, który uwielbiam, a który specyficznym jest. Dla mnie to ta sama kategoria co Fiona. Och mrau, są takie dni gdybym sobie bez tego nie dała rady. Na przykład dziś. Gdy normalnie wiem, decyduję i jestem stanowcza, tak dziś nie wiedziałam, nie miałam mocy przerobowych na decyzje i sił na stanowczość. Koszmarne chwile, mówię wam. Później dotarło do mnie, że większość ludzi ma tak na co dzień. Jak oni sobie radzą w życiu? Nie wiem. Nie chcę wiedzieć.
Ale tak właściwie to chciałam napisać o chłopaku, który jechał ze mną rano tramwajem. Miał makijaż. Nie to, że drag queen i turkusowy cień po brwi, ale podkładem zdecydowanie się wymazał. Do tego ułożył sobie włosy na żel, założył płaszczyk z kołnierzem i zapewne modny szaliczek. I był przystojny. I gdyby tylko stał dwa metry dalej, byłoby ok, popatrzyłabym sobie z przyjemnością. Niestety nie stał dwa metry dalej, stał o dwa metry za blisko i jedyne co chciałam mu powiedzieć, to jak należy dobierać odcień podkładu do skóry...

wtorek, marzec 16, 2010

tik. tak.

Czekam.
Aż w końcu zrobi się ciepło. (Zimo wypierdalaj, serio piszę. Ile można, no?)
Aż minie marzec. Do niczego miesiąc. Taki bez charakteru zupełnie. Najchętniej wyrzuciłabym go z kalendarza zupełnie.
Aż minie kwiecień i będzie belle.
Aż minie maj i pojadę do Włoch.
Aż ogarnę kilka spraw i będę umiała powiedzieć na czym stoję.
Chwilowo bowiem, jest dziwnie. A właściwie to nie to, że JEST dziwnie, bowiem wcale nie jest, jest obrzydliwie normalnie, mam tylko takie wrażenie, że tak nie jest, bo nie rozumiem samej siebie. Znowu.

Ech, gdyby nie ja, moje życie byłoby takie nudne i przewidywalne...

niedziela, luty 28, 2010

konsekwentnie niekonsekwentna

Jestem niebywale konsekwentna w swej niekonsekwencji. Taki temat kuchni na przykład. Gdy ogólnie do pedantki mi daleko (kto widział mój stół roboczy wie o czym mówię), to w temacie kuchni wychodzi ze mnie faszystka. Naczynia i sztućce muszą być domyte na błysk. Patelnię będę myć, suszyć i macać nawet kilkanaście razy, byle była czysta. Dokładnie oglądam wszystko co wyciągam ze zmywarki i zawsze znajdzie się coś godnego domycia. Po prostu nie użyję niczego co ma na sobie kawałek poprzedniego posiłku, nawet jeśli jest to malutka smuga na spodzie kubka (i nie mówię tu o dnie, a o spodzie, tym na dole). W związku z powyższym większość naczyń z nowej kuchni myłam już dwukrotnie, właśnie wsypałam do zmywarki zawartość koszyczka ze sztućcami, i wkurzyłam się niemiłosiernie, bo nie mogę porządnie domyć gałek od kuchenki (kratki od palników moczą się w wannie). Gdy zaczęłam zastanawiać się czy da radę jakoś rozkręcić gałeczki, tak bym mogła dorzucić je do wanny, uznałam, że chyba zaczynam przeginać. Domyję je jakoś... Chyba.
A w czym niekonsekwencja? Otóż na wyjazdach jestem w stanie zjeść cokolwiek z czegokolwiek. Byle bardzo się nie kleiło. Kubek, w którym wczoraj zrobiłam sobie zupkę chińską (te tłuste zacieki...), przepłuczę sekundę pod zimną wodą (nie zawsze udaje mi się pojechać w luksusowe warunki i mieć dostęp do ciepłej) i zrobię sobie w nim herbatę. Tylko po to, by później znowu go przepłukać i podgrzać w nim parówki. Jedyne od czego nie ma odstępstw, nawet na wyjazdach: słoik z dżemem ma swój nóż i koniec. Nie to żebym jadła dżem (ble), ale jak widzę gdy ktoś pakuje do niego oblizany widelec, czy nóż od masła, to aż mną trzącha. Brr. (w domu oczywiście nie ma odstępstw, słoik z musztardą ma swój nóż, chrzan ma swój - po 11 NIE MIESZAJ!)
Kolejna niekonsekwencja: odpuszczenie sobie jakichkolwiek standardów tyczy się tylko wyjazdów w dzicz. Jadąc do kogoś ze znajomych trzymam standardy domowe. (Tak, warto dawać mnie na zmywak po imprezie... ;-))

Idę zajrzeć do wanny...

poniedziałek, luty 22, 2010

Stanę na jednej nodze, zawiążę sobie oczy, zakręcę się kilkukrotnie i spróbuję zabić smoka.

Nic nie jest w stanie zaskoczyć mnie tak bardzo, jak dobrzy znajomi. Zapewne dlatego, że znając ich dobrze zakładam jakieś ich reakcje czy zachowania, a tu bach! Robią coś tak nie w ich stylu, że aż. Żaden tam zbieg okoliczności, szansa jedna na milion czy wygrana w lotto nie mogą się z nimi równać.

niedziela, luty 21, 2010

Przeprowadzonam.

Dziwnie. Nigdy nie mieszkałam sama. Ktoś mi kiedyś nagadał, że każdy musi chociaż przez chwilę w swoim życiu pomieszkać sam, tylko wtedy poznaje się siebie. Trochę chyba bujda, bo znam kilka osób, które same nigdy nie mieszkały, a mimo wszystko wyrosły na całkiem przyzwoite osoby. Może to chlubne wyjątki od reguły? Nie wiem. Wiem, że mnie na pewno się przyda.
Cała sprawa z tą przeprowadzką, to jakiś niewiarygodny wprost fart. Oferta wynajmu mieszkania, w przyzwoitej cenie (czyt: takie, na jakie mnie stać), w rewelacyjnej lokalizacji i pełnym wyposażeniem... Chyba powinnam komuś złożyć ofiarę czy coś.
W samym mieszkaniu już się zakochałam. Zwłaszcza w kuchni, która jest wielka i przytulna. I ma świecące ważki, i owinięte bluszczem lampiony, i zdjęcia, i drewniane blaty, i lodówkę w motylki. I zmywarkę. ;-) I stół na 4 osoby, a ja zawsze kochałam jadać z ludźmi ale rzadko kiedy miałam okazję. Jakby szczęścia było mi mało po raz pierwszy w życiu (znaczy od kiedy skończyłam podstawówkę) nie muszę nigdzie dojeżdżać. Do pracy mam ca 15min, a jak w końcu śnieg stopnieje, to będę chodzić na piechotę. Będę się spóźniać, oj jak bardzo... Do tego ogólnie jest blisko wszędzie. A przynajmniej do tej części wszędzie, która mnie interesuje. I wcale nie mam na myśli tego monopolowego 24h oddalonego o 3min czołgania. Poza tym kolejna niespodzianka: właścicielka mieszkania przyjmowała gości w ramach tego programu, gdzie się ludzie zgłaszają z różnych krajów i przyjmują za free turystów. W związku z czym bez problemu mogę przenocować 5 osób każdemu dając miejsce nie na podłodze. Najs.
Chwilowo tylko nie mam gdzie trzymać majtek, ale w sumie... przecież mieszkam sama. Mogę je powiesić na żyrandolu i nikomu nic do tego, nie?

sobota, luty 20, 2010

No nie wiem.

W komentarzu pod poprzednią notką Borsuk napisał, że chciałby być 'taki poukładany' jak ja. Otóż, nie. Nie chciałbyś. Poukładanie nie istnieje. Istnieją priorytety. Jeśli czegoś chcę, to po prostu przysysam się do tematu i zrobię wszystko by to zdobyć. Czasem czegoś chcę, ale okazuje się, że wcale nie aż tak, jakbym chciała (tak, wiem...) i wtedy odpuszczam. Czyli zostawiam sprawy samym sobie. Zawsze jakoś się rozwiązują. Same. No i wcale nie jestem ani zorganizowana, ani poukładana. W szufladach i na półkach w szafie hoduję chaos. Taki mój, prywatny i okiełznany, bo nigdy nic nie gubię. Decyzje podejmuję pod wpływem impulsów, przeczuć i zwykłego chcenia, a nie na podstawie rozsądnych przesłanek. Mimo iż wiem czego chcę, to nie wiem co przez to rozumiem. Moje życie sprowadza się do wielu różnych zachciewajek, które po prostu realizuję (a od kiedy odkryłam, że większość przeszkód na drodze do ich realizacji istnieje tylko w mojej wyobraźni jest dużo prościej).

Ale niewykluczone, że z tym moim chaosem życiowym jest tak samo jak z mrokiem (który jest we mnie!), pesymizmem, cynizmem i mizantropią. Znaczy bullshit. Muszę się Guni zapytać...

PS. Jutro się wyprowadzam. (ha!)