czwartek, lipiec 16, 2009

Z gada.

...xxx...
19:35:13
siemkaaaaa :)
noga
19:35:54
znamy się?
...xxx...
19:36:10
no oczywiśćie
...xxx...
19:36:46
kojażysz czy nie zbyt moje imię zaczyna się na literę a
noga
19:37:48
nie mam Cię w kontaktach, więc ułatw mi zadanie i po prostu powiedz
...xxx...
19:38:37
nie ma tak.. musisz się pokapowadż
noga
19:38:50
pokapowadź?
19:39:13
większość moich znajomych napisałabym 'pokapować'
...xxx...
19:39:45
co ?
noga
19:40:22
zgaduj...
noga
19:40:28
chociaż pewnie chwilę Ci to zajmie...
...xxx...
19:41:09
dobra jak zanm życie to złe napisałam ten wyraz
noga
19:41:28
rany, naprawdę nie widzisz o co mi chodzi, podejrzewam zatem, że jednak się nie znamy, a Ty się pomyliłaś
...xxx...
19:41:49
nie bo nie jestem kujonem jak ty
noga
19:42:14
no tak, szkoda tylko, że szkołę podstawową skończyłam jakieś 20 lat (z okładem) temu
noga
19:42:59
Jeśli i Ty ją skończyłaś, to jest to porażka systemu edukacyjnego
...xxx...
19:44:44
ooooooooo .........

(jakoś specjalnie nie jestem z siebie dumna, ale to któreś tam naste dziecko neo, które mnie tak zagaduje w przeciągu ostatnich kilku dni... Sami rozumiecie.)

A jutro impreza stada u M. z surowymi rybami, winem śliwkowym (jest nadzieja, że skoro ze śliwek, to głowa mi nie trzaśnie) i planowaną wyprawą nad rzekę. Doczekać się nie mogę, bo wiem, że te dwie doby ze stadem, bez snu, z permanentną głupawką i puszką piwa naładują mi akumulatory lepiej niż dwa tygodnie bez stada gdziekolwiek indziej. Zazdrośćcie.

piątek, lipiec 10, 2009

Decyzyjność? Milion pińcet.

Sama nie wiem o czym bym chciała. Czy o fantastycznym weekendzie w Gdyni na tallshipach? Czy o nowej pracy, która jest rewelacyjna? Czy o grabiach, którymi staram się jak mogę trzasnąć między oczy? Czy o sukienkach? Czy o planach? A może o przemyśleniach? A może o tych cholernych demonach z poprzedniej notki, które nie chcą mnie opuścić? Znaczy nie to żebym jakoś specjalnie do nich przywiązana była, ale ostatnia wyprawa do lekarza doprowadziła mnie do tego rodzaju załamania nerwowego, które może zakończyć się tylko niepowstrzymaną głupawką. Znowu stałam się boleśnie świadoma, że szansa jedna na milion sprawdza się w dziewięciu przypadkach na dziesięć. A że w moim wypadku była to trzecia na tej zasadzie spełniona szansa jedna na milion tylko dodaje całości smaczku i głębi. A zdrowa jestem w całej rozciągłości, dziękuję.
Ale wyjątkowo jak na mnie, mam to gdzieś. I liczę ten stan utrzymać dłużej.
A tymczasem pławię się w szczęśliwości. Dnie śmigają mi jak głupie, od jednego świetnego weekendu, do kolejnego... Naprawdę, nie przypominam sobie kiedy ostatni raz było mi tak dobrze.

(wprawdzie gdzieś tam z tyłu głowy kołacze mi się, jakże paskudne stwierdzenie: "Było tak dobrze, że każde zmiany, a przecież zawsze jakieś przychodzą, mogły być już tylko na gorsze." ale... Ale coś pomału dochodzę do wniosku, że to jednak pic na wodę. Zwłaszcza od kiedy wszystko zależy tylko ode mnie.)

wtorek, czerwiec 30, 2009

Dzizaz, ile można?

Witki opadają. One są wszędzie, kurde, WSZĘDZIE i zawsze. Jak na porządne demony przystało.

Fak.

po zebrze

Zebra mnie dziś natchnęła i olśniła. Bo olśnień dostaję albo myjąc zęby albo idąc. I jak każde porządne olśnienia, te moje pojawiają się ot tak, w puste głowy, bez jakiegoś specjalnego wysiłku i wywoływania. I tak dziś doszłam do wniosku (idąc po zebrze właśnie), że jeden z aniołów, o których pisałam tutaj, chyba się spełnił. Chodzi mi o tego z przewrotem majowym w życiu. Ja go faktycznie dokonałam. I to do tego w maju!

Ależ jestem z siebie dumna! :D

I obym nie musiała cię więcej oglądać

Pożegnanie z Piotrem nie należało do szczególnie wylewnych czy tkliwych. I tak miało być. Ostatnio szczerość wychodzi ze mnie każdym porem i nie umiem być obłudną pozerką, więc na żadne żale, że odchodzę i będę tęsknić nie chciało mi się zdobywać. Jemu to nawet kłamać mi się nie chce... Aż tak nim gardzę.
Udało mi się za to wydostać z exfirmy (!) bez pozostawiania im numeru komórki. Piotrowi powiedziałam, że mają w Poznaniu, co poniekąd jest prawdą, bo gdzieś tam powinno leżeć moje CV, w którym numer jest, ale nie przypominam sobie bym komuś tam podawała go ot tak. Więc przykro mi, jestem trudna do wytropienia. Zostawiłam im jedynie adres mailowy, na który przecież nie muszę odpowiadać od razu, nie?
Za to nowa firma zaskoczyła mnie dziś po raz kolejny i znowu pozytywnie. U nich dzień pracy zaczyna się o 9.30, nie o 9. A te 30min rano to dla mnie wieczność! Najchętniej do pracy bym chodziła na 10... Ach, będzie bosko. Musi być!
I cobym nie mówiła o exfirmie sporo się w niej nauczyłam i była jedną z lepszych rzeczy jakie mi się w ostatnim czasie przytrafiły. A może nawet nie sama firma, ale szefowa, która jak widać odciska w moim życiu piętno za piętnem, co mi się szalenie podoba i czego nie zamierzam zmieniać.

niedziela, czerwiec 28, 2009

Wyszła za mąż, ciekawe kiedy wróci?

Nie to żebym jej źle życzyła, wręcz przeciwnie, jest jedną z tych osób, które bez przesady mogę określić jako "znamy się od urodzenia" (no, jej urodzenia) i czuję się wobec niej trochę jak starsza siostra, ale jej wybranek napawa mnie różnymi brzydkimi uczuciami. Bo wiecie... to taki chuj trochę jest, proszę księdza. Gdy ja czołgałam się rzężąc i nie mogąc złapać tchu pomiędzy spazmami po życiowych zmianach zafundowanych mi przez Admina, ona robiła podobnie z winy swojego obecnego męża. W szczegóły wdawać mi się nie chce, bo to byłaby bardzo brzydka notka, ale za takie rzeczy w cywilizowanym kraju powinni ucinać pewne części ciała i trzymać w ciemnym pomieszczeniu przez kilka lat.

Anyway, trzymam za Was kciuki. I za każde z Was z zupełnie innymi intencjami.

Natomiast co do ślubu jako ceremonii chciałam tylko napisać (wpasowując się w popularny ostatnio nurt wywodów rodzinnych), że spora część rodziców, to jednak wyprane z refleksji typowych dla zwykłego człowieka, skrzywione pojeby. Oops, przepraszam. Wyrwało mi się.
Gdyby ktoś mógł mi wyjaśnić jaki jest sens zabierania małego człowieka do kościoła, na nudną w jego mniemaniu uroczystość, i pozwalanie mu na biegi, krzyki, wrzaski i płacz, proszę, niech mi to wyjaśni, bo sama nie umiem. Z tego co widziałam to ani rodzic nie miał frajdy ze ślubu, ani dwie setki pozostałych gości. Ciężko powiedzieć coś o młodych w tym temacie, ale wydawali się tak naćpani emocjami, że ogólnie rzeczywistość docierała do nich z problemami i wybiórczo. Dzieci chyba też nie bawiły się najlepiej sądząc po tym jak się darły (pisałam już, że w kościołach jest echo?) i awanturowały. Więc po co? Czemu nie można z pociechą wyjść na dwór i pokazać mu dorożki z konikami? Paradoksalnie najmniej uciążliwy był chłopiec, który tylko raz rozwalił składane krzesło, a zrobił to z takim impetem, że aż ksiądz przerwał kazanie. Ale ani przed tym drobnym i krótkotrwałym incydencie, ani później, nie wydawał z siebie zbędnych i nadmiernych głosów. Chłopiec, nie ksiądz. Znaczy chciałam napisać, że ślub zapewne był piękny, ale ciężko mi się było na nim skoncentrować.

czwartek, czerwiec 25, 2009

Skraj

Skraj ma kształt miski, a przyciąganie nosi się w sobie. Odnoszę wrażenie, że stoję na tej wypukłej części.

Dziękuję. Notka jest tak hermetyczna, że sama ją ledwie rozumiem.

środa, czerwiec 24, 2009

Grabie

Gunia: I pamiętaj - NIGDY nie wchodź na leżące grabie!
Ja: Hmm, znaczy domyślam się co się może stać jak na nie wejdę, ale chyba nie chodzi Ci o taką prosta poradę ogrodniczą? Tam jest jakaś metafora, nie?

Mam wrażenie, że po drugiej stronie Meg zrobiła #facepalm. Po dłuższych wyjaśnieniach, które okazały się zbędne, bo tak właściwie to ja tylko się przesłyszałam, a z tokiem jej rozumowania zgadzałam się od samego początku już wiem o co chodzi i obiecuję tak czynić i na grabie uważać.

Chociaż przyznam Ci się Guniu, że idzie mi wybitnie chujowo...

wtorek, czerwiec 23, 2009

O czym by tu...?

To może o pogodzie. To taki chwytliwy temat, idealny dla każdego, a że ostatnio pogoda jest wybitnie niebanalna jest o czym pisać.

BURZA

Była dziś, i to niejedna. UWIELBIAM burze. Ale tylko te prawdziwe, a nie zwykłe ulewy. Uwielbiam te mokre dni gdy powietrze stoi, nie ma czym oddychać, ubrania lepią się do ciała, a niebo zasnuwa mgła. A potem zrywa się przedburzowa wichura. Nagle to całe nagrzane i lepkie powietrze rusza z kopyta. Och, mrrrau! Żebym tylko mogła się w takich chwilach znajdować na jakimś urwistym klifie czy czymś... Ale zwykła ulica też jest niezła. I te pierwsze ciepłe krople wielkości czereśni... Zjawisko idealne. Późniejsze urwanie chmury to już takie nudne pitu-pitu po idealnym wstępie, ale też lubię. Zwłaszcza gdy porządnie grzmi i błyska się.
Cudowność.
A jak każda cudowność ma też i swoje konsekwencje. Tym razem konsekwencja miała kształt i rozmiar sporego konaru, który spadając na ziemię zerwał trochę trakcji. A co za tym idzie pociąg do domu nie chciał jechać. Pełna zen olałam sprawę, wsiadłam w autobus i pojechałam szukać kolorowych tasiemek i książek, a zupełnym przypadkiem wylądowałam na fantastycznej kolacji. Są takie momenty w życiu gdy wie się, że jest się w dobrym miejscu i czasie, i że patrzy się we właściwą stronę knajpy. Kelner, który obok mnie przebiegał w połowie kroku doszedł do wniosku, że szklanka którą niesie na tacy jest pusta, a najwyraźniej miała zawierać cytrynkę, w związku z czym zrobił zgrabny obrót. I tu wkroczyła fizyka. Obok szklanki na tacy stała otwarta butelka wody. Po tym jak kelner zmienił gwałtownie kierunek marszu i zabrał ze sobą tacę ze szklanką i butelką woda z butelki poczuła się osamotniona. Czyżby bezwładność? Idealnie widziałam te kilka soczystych, pięknych kul wody wiszących przez ułamek sekundy w powietrzu. A potem poszło gładko i przewidywalnie, jak zawsze gdy w grę wchodzi grawitacja. I Murphy. Woda poleciała (oczywiście) na kark faceta siedzącego przy stoliku obok. Idealnie w to ciepłe miejsce za uchem. Przyznaję, że gdybym miała to wyreżyserować nie umiałabym znaleźć lepszego. A potem padła równie idealna kwestia, której też nie umiałabym wymyślić:
- Ojej, najmocniej pana przepraszam! Proszę się nie martwić, to tylko woda! Czysta woda! NIEGAZOWANA!

Mina mokrego pana - bezcenna. Mój (i tak już doskonały humor) + milion.

To bardzo dobre popołudnie było. Oj tak.

niedziela, czerwiec 21, 2009

auć?

Poprzednia notka ma numer 400. Tak ładnie i równo, nie? Ale who cares. Chwilowo jestem upojona do granic wszelakich mieszanką jednostek i soku porzeczkowego. I czemuż, ach czemuż muszę jutro iść do pracy? To boli.
Słucham dziwnych rzeczy, takich, których na trzeźwo nawet-nawet, myślę o rzeczach, których na trzeźwo boję się ruszać (nawet na poziomie rozważań), i jedyne na czym jestem w stanie się skupić: to własne stopy na tle kominka. I ogólnie na trzeźwo to jest inaczej. ;)
Wiewiórka mi się trzęsie przy łydkach, a ja jednakowoż (dzizaz, znowu użyłam tego słowa) jestem przekonana, że miałam rację. I wcale mnie nie dziwi, że A. uznała, że jej nie mam. I chyba będziemy musiały o tym znowu porozmawiać.

Ja chcę do #stada, ja chcę z Wami, ja chcę.

Lowju.

wtorek, czerwiec 16, 2009

I już po.

Po belle. Wyjątkowo udanym. Znaczy nie byłam jeszcze na nieudanym belle, ale to było idealne. Nawet pogoda mi nie robiła.

Co bym chciała zapamiętać?
- czosnek ogórkowy (by Meg) pity pod czekoladówkę (by Joker). I nikt się nie porzygał!
- tabliczkę "Alkohol szkodzi zdrowiu". Wiadomo dlaczego.
- uświadomienie sobie faktu, że mam STADO. Moje stado potrafi pić wiśniówkę o 9 rano, następnie pić piwo i prowadzić przy okazji dyskusję o produkcji wirusów.
- rzodkiewka znaleziona na ulicy w połączeniu z parasolką potrafią zająć trzy dorosłe osoby na kilkanaście minut. W deszczu i kałużach.
- uczucie paniczki gdy rano usłyszałam Kaena liczącego coś głośno. Gdy doszedł do 22 bardzo chciałam mieć nadzieję, że liczy puste puszki. Niestety doliczył do 25 pełnych.
- wizję zakopania kaszanki na jesień.
- i jakiś milion innych rzeczy, które pamiętam, ale nie pamiętam. Ale przypomnę sobie gdy będzie trzeba.

A poza tym to chciałabym zapamiętać uczucie błogości, spokoju i wszechogarniającej wesołości.

I jeszcze powinnam sobie zapisać kilka rzeczy. Ale chyba nie chcę. Oczywiście, że byłoby to rozsądne, ale po co? Ostatnio robię mało rozsądnych rzeczy i walczę sama ze sobą, co wychodzi mi wyjątkowo na plus, więc wbrew zdrowemu rozsądkowi (znowu) nie będę nic robić. Znaczy nadal będę robić, co robię, a nie, to co powinnam, a ponieważ wytrwale zacieram różnicę pomiędzy "powinnam" a "chcę" i to także jest dobre. I także wszystkim polecam.

Poszłabym potańczyć...

środa, czerwiec 10, 2009

Sa takie chwile w życiu żółwia, że ach!

O czym by tu... o tym jak to od kilkunastu tygodni jestem nieprzytomnie wręcz szczęśliwa. Dlaczego? Jest cała masa przyczyn.
Pierwsza i najważniejsza: jest w końcu ciepło. Śmiejcie się, ale ja się nie nadaję do temperatur niższych niż 10 stopni. Zimno mnie wkurza i irytuje. Powinna się w końcu zebrać w sobie i wyprowadzić w ciepłe kraje i mieć to z głowy, ale. Kiedyś. Może. Zobaczymy.
Druga i nie mniej ważna: uwolniłam się od ludzi. Po raz pierwszy w życiu zrozumiałam i wprowadziłam w życie bardzo prostą zasadę: liczę się ja. A nie inni. Mam gdzieś co sobie inni o mnie pomyślą. Niezwykle odświeżające uczucie, polecam. Trochę trzeba się wysilić, ale warto. Znam całą masę osób, które od razu zinterpretują to jako skrajny egoizm, ale znowu: to ich problem. Mnie już nic do tego. Ach.
Po trzecie: zmieniam pracę! Exszefowa ściąga mnie do siebie. Omal się nie rozpłakałam ze wzruszenia gdy mnie przepraszała, że tyle czasu jej to zajęło. Ta... AŻ pół roku. No halo! To ja jestem jej wdzięczna, że w ogóle mnie chce i od samego początku kombinowała jak mnie ściągnąć do siebie (a że nie jest właścicielką firmy, w której pracuje, to jakby nie można wymagać cudów od ręki), a ona mnie przeprasza, że tyle to trwało. Może jakiś pomniczek jej wystawię. Z ofertą pracy przyszła zresztą w doskonałym momencie - moje relacje z nowym szefem stały się... hmm... irytujące, zresztą jak cała osoba szefa... Kij mu w oko. Jest głupim, nadętym bufonem, i mam nadzieję, że nic mu w życiu nie wyjdzie. Nie zasłużył. I może jestem świnia, ale spędziłam z tym człowiekiem kilka miesięcy w jednym pokoju. Miałam czas na wyrobienie sobie opinii.
Po kolejne: uświadomiłam sobie jaką niesamowitą szczęściarą w życiu jestem. Tak ogólnie. A ostatnimi czasy szczęścia do ludzi mam więcej niż powinnam. Aż skoczę do Lichenia i wrzucę dwójkę do modlitwomatu. Czy coś.
Po jeszcze kolejne: właśnie jedzie do mnie Meg. A jutro ruszamy belle. I tu chciałam przytoczyć pewną sentencję: KILOMETRY TO DZIWKA. Warto by coś z nimi zrobić. Chwilowo brak konstruktywnych pomysłów, ale pracujemy nad tym. Zresztą ostatnie miesiące są jednym wielkim sentymentalnym rachunkiem sumienia. Prawie 10 lat, wielkie przyjaźnie, masa wspomnień. Co chwilę powracająca konkluzja "rany, ale jesteśmy stare!" i tyyyyle planów, tyle myśli do wymiany i zdjęć bucików. Kocham Was dziewczyny.
I jeszcze: pisałam już, że dobrze mi? :-)

Normalnie wyściskałabym kogoś.

środa, maj 13, 2009

Kolejna hermetyczna

Tym razem u Meg.

Starość nadchodzi, robimy się dziwnie sentymentalne.

Dokąd kopytkujesz piękna gazelo?

/notka absolutnie hermetyczna, naklepana tylko po to, bym za 3 lata mogła tu zajrzeć i sobie przypomnieć/

Ostatnie tygodnie były dobre. Nawet bardzo. Wpierw prawie tydzień spędzony razem z Meg nad morzem. Nadgoniłyśmy tygodnie niewidzenia się, udoskonaliłyśmy skilla "znajdowanie miejsc ciepłych, słonecznych i z piwem", oraz połaziłyśmy trochę za zdjęciami. Na koniec zeżarłyśmy trochę surowej ryby i kupiłyśmy Misiowi misia. Miś ocenił, że jesteśmy obłąkane, ale przecież to nic nowego. Gdy już wróciłam do domu musiałam jakimś cudem upchnąć cały tydzień w dwa dni, gdyż w czwartek ponownie wsiadłam w samochód i pojechałam, tym razem w krzaki. Jechaliśmy w piątkę, a ponieważ Rysiek prowadził nie było wyboru - obaliliśmy na tylnym siedzeniu prawie 2 litry whiskey. Pewna jej część wsiąkła mi we włosy, które Krzysiek potem starannie wylizał, trochę wsiąkło mi w bluzę, trochę też w obicie sufitu w samochodzie, ale jak się okazuje nie zostawia plam. A nawet gdyby zostawiała, to po tym jak Rysiu do spółki z Mrokiem wjechali samochodem w małe jeziorko (kałuża, taaa...), otworzyli drzwi i woda wyrówanała poziomy i tak nikogo nie ruszałyby plamki na suficie. Po wyprawie do Zakopca samochód spędził 1,5m-ca w serwisie, teraz tylko kilka dni i skończyło się raptem na zrywaniu wykładziny i suszeniu wszystkiego. Drobiazg.
W samych krzakach było obłędnie. Przyjechaliśmy w czwartek około północy, położyłam się spać ok 4 rano, a część towarzystwa poszła na spacer. Zgubili się w lesie tylko troszkę, wrócili ok 7.00, a że do spokojnych i cichych koteczków zaliczyć ich nie można, obudzili mnie dzikimi rykami przeplatanymi wybuchami śmiechu. Albo to ryki przeplatały wybuchy, nie wiem. O 8.00 gospodyni przyniosła nam śniadanie, o 9.00 otworzyłam pierwsze piwo. Położyłam się na trawce, w słoneczku... Dla takich chwil się żyje. Poranni spacerowicze poszli spać na całe 2h i już w południe padło hasło: WYCIECZKA. Wybrałam frakcję "idziemy do lasu w poszukiwaniu bunkrtów". Bunkrów było mało, komarów było duuuużo (chociaż takie sformułowanie, w kontekście tej latającej chmary krwiopijco) trąci trochę eufemizmem. Krzysiek, którego porzuciliśmy na rozstajach, zgubił się nawet bardziej niż my, ale to tylko dlatego, że poznał po drodze jakiś miejscowych, którzy spoili go bimbrem. Ten jego urok osobisty... Wracał do nas zygzakując pomiędzy polami, dostarczając niemałej rozrywki swoimi telefonami. Wtedy też Piter zapytał go słodkim głosem "Dokąd kopytkujesz piękna gazelo?" czym zabił wszystkich na długie minuty. Krzysiek ma bowiem z gazelą wiele wspólnego, jeśli liczyć włosy na nogach i bródkę... Ponieważ wszyscy byliśmy po 2 do 4 godzin snu pobalowaliśmy do 23 i zaczęliśmy padać. Przecież chcieliśmy się porządnie wyspać, następnego dnia pobudka planowana była na 3.00, wyjazd na 3.15. Obudziłam się o 3.05. Dziwne uczucie. Jeszcze dziwniejsze gdy o 11.00 patrzy się na zegarek, widzi się 11.00, a nie 19, nagle zaczyna się rozumieć, że na nogach jest się od 8 godzin, a to dopiero początek dnia. W południe był obiad, podczas którego Rysiu rozważał z Mrokiem temat wygryzania czekoladowych kulek na osobności. Nie pytajcie... Objazd po krzakach zakończyliśmy ok 18.00. Długi i piękny dzień to był, zaprawdę. Hitem wyprawy był Mroku, który został zaakceptowany przez łosie jako członek ich stada, i mimo jego dzikich ryków, skoków i harcy za nic nie chciały się spłoszyć i efektownie wybiec na bagna prosto pod nasze obiektywy, oraz Rysiu, który utopił się w owym bagnie, więc część wycieczki przejeździł bez spodni, tylko w samych bokserkach i kaloszach. Po powrocie gospodyni uradowała nas kolacją, a Pan Jan polewał Biebrzańską Moc (bimber domowej roboty, 56%) na przemian z nalewkami. Wiśnówka najlepsza. Takiej obsługi jaką zaprezentowali nasi gospodarze nie spotkałam nigdzie. Idealne skrzyżowanie babcinej troskliwości z czymś jeszcze, ale nie wiem czym. Było idealnie w każdym razie.
Ponieważ wstałam o 3.00 i aktywnie spędziłam ponad 15h, o północy wcale spać mi się nie chciało, więc do spółki z Wilkiem przeprowadziliśmy eksperyment na ludziach. A konkretnie na Krzysiu, który bardzo nieładnie odparzył sobie nogę podczas spaceru dzień wcześniej (tego zakrapianego bimbrem). Tchórz nie pozwolił mi rozciąć nabrzmiałego bąbla, więc uznaliśmy, że dobrze będzie jak chociaż odmoczy sobie stopę w słonej, gorącej wodzie. Okazuje się, że od zamoczenia stopy w ciepłej wodzie można dostać mdłości i dreszczy. Pilnowałam go jeszcze chwilę, gdy się okazało, że znowu jest 3 nad ranem i najbardziej hardcorowa część ekipy jedzie znowu na wschód słońca. Pomachaliśmy im na pożegananie, zasnęliśmy w końcu przed 4 rozmawiając o jakiś strasznie ważnych rzeczach, których nie pamiętam, ale wiem, że było Bardzo Poważnie. Tak bardzo poważnie jak tylko być mogą tematy gdy rozmawiają dwie osoby, będące ponad dobę na nogach i będące lekko nietrzeźwe (od jakiś 12h...). Swoją drogą bardzo kocham mój organizm. Po wypiciu piwa, kolejki Biebrzańskiej Mocy, pięciu kolejkach nalewek (bazujących na Mocy), wszystko na przestrzeni jakiś 3 godzin, miałam tylko 0,2 promila. Czyli w teorii mogłabym prowadzić. W życiu bym nie wsiadała wtedy za kółko, mimo iż czułam się całkiem nieźle, ale mimo wszystko. Daleko mi do Krzyśka, który po przespanej nocy (znaczy się po 4 godzinach) i śniadaniu miał 2 promile... Albo może to jemu daleko do mnie?
Ostateniego dnia zwiedzaliśmy przez szybę samochodu, były atrakcje takie jak mizary wyglądające jak chałda ziemi, pamiątkowe głazy narzutowe (pamiątkowe po czym? Po zlodowaceniu? Cały krajobraz mają tam w takim razie bardzo pamiątkowy. Jeziora zwłaszcza.), odcięte od świata wsie, które jednakowoż mają świetne drogi, mosty i wyglądają zupełnie tak jak każda nieodcięta wieś w naszym kraju, i wbrew oczekiwaniom wcale nie było zdeformowanych genetycznie mieszkańców mających rodziców będących rodzeństwem, tak samo jak ich dziadkowie i pradziadkowie. A tak liczyliśmy na wielkiego gajowego z trzema jajami! Że tacy istnieją wiemy, bo część z nas jadła z takiego kotlet.
Z przyjemnością tam wrócę. Zwłaszcza do domku, w którym mieszkaliśmy. Po raz pierwszy byłam na aż takim zadupiu (nawet Serpelice z zeszłego roku były bliżej cywilizacji!), na którym miałam do dyspozycji łazienkę większą niż ta, którą mam w domu, z wielką narożną wanną, pralką, a w kuchni ZMYWARKĄ. Najpiękniejsze jest to, że przy tych wszystkich luksusach w domku nie było telewizora. Czego więcej chcieć? Chociaż z tą ekipą dobrze bym się bawiła jakby nas zamknąć w pustym pokoju na tydzień. Zdecydowanie nie ma czego chcieć więcej.

poniedziałek, kwiecień 20, 2009

Tęsknoto, ty dziwko!

Tytuł autorstwa Meg, adekwatny jak nie wiem. Do niczego są te wszystkie kilometry. Tak, depresja popowrotowa w pełnym rozkwicie.

Były to fantastyczne trzy dni, doskonałe rozpoczęcie sezonu. Naprawdę nie wiem jakim cudem trafiłam na grupę tak cudownych ludzi. Popieprzonych równo, nieprzewidywalnych, pokręconych i ogólnie rzecz ujmując - dziwnych, ale jednocześnie kochanych, życzliwych i otwartych, takich przy których można w końcu być sobą i poczuć się bezpiecznie*.

*wszystkie potencjalne otwarte złamania, wstrząs mózgu, zatrucia i aresztowania to zupełnie inna bajka i nie biorę ich tu pod uwagę ;)